NBP podtrzymuje ofertę dla rządu w sprawie sprzedaży części rezerw i przeznaczenia tych pieniędzy na dozbrojenie. Czy państwo w ogóle zainteresują się poważnie tą ofertą, czy sprawa jest już nieaktualna?
- Jeżeli chodzi o NBP, od dobrych kilku lat nie raportuje on żadnych zysków. My zachęcamy prezesa Glapińskego, żeby zaczął je wpłacać, jeśli je ma, do budżetu państwa. To propozycja niepoważna. Ona powstała, żeby bronić prezydenta, który postanowił bawić się bezpieczeństwem Polaków w gry partyjne.
Wielu ekonomistów mówi, że nie potrzebujemy aż tak dużych rezerw. Chodzi oczywiście o pieniądze ze sprzedaży ich części.
- Ale tu mamy do czynienia z innym programem. Nie chodzi tylko o sprzedaż części rezerw, ale też o obligacje i inne zobowiązania. Pomysł prezydenta nie jest kredytem 0%. Na stole jest propozycja z UE. Dobrze, że udało się znaleźć inne sposoby wykorzystania tych środków. Mam nadzieję, że część na cyberbezpieczeństwo i policję też będzie wykorzystana.
Przedstawiciele NBP nie mówią o alternatywie, tylko jako o dodatku jeszcze obecnie, do tego co jest.
- Te środki z NBP, jakby zostały wpłacone do budżetu państwa, mogłyby pójść na inne niezbędne obszary, na przykład na służbę zdrowia.
Pani w ogóle poznała listę firm, które dostaną pieniądze z programu SAFE?
- Ona jest do wglądu dla posłów. Ja nie zajmuję się bezpieczeństwem. Rozmawialiśmy z ministrami odpowiadającymi za różne obszary obronności. Widzimy, że te propozycje zostały ustrukturyzowane i zaproponowane przez Sztab Generalny. Wierzę generałom. Mogę w różnych przestrzeniach się doszkalać, ale w kilka tygodni nikt nie zdobędzie wielkiej wiedzy. Moje kwestionowanie słów generałów byłoby niemądre.
Oczywiście lista jest niejawna, ale są też doniesienia medialne, że są tam firmy, które nie mają na przykład odpowiedniej infrastruktury, a dostaną spory zastrzyk pieniędzy.
- Chodzi o to, żebyśmy naszą infrastrukturę wzmacniali. Widzimy, jak zmienia się sytuacja na arenie międzynarodowej. 3 lata temu nie rozmawialibyśmy o Bliskim Wschodzie. Co mówiło USA? Ciężar ich zainteresowania nie będzie już w Europie. Mają inne interesy w innych regionach świata. Musimy budować swój potencjał.
Pani, jako posłanka z Krakowa, chyba powinna przynajmniej rzucić okiem na 137 projektów. Choćby po to, żeby zobaczyć, czy są jakieś z regionu.
- Wiemy, że są z regionu. Wiemy, jak ma wyglądać mechanizm. Myślę, że w ciągu kilku lat zobaczymy, że nasze możliwości obronne rosną.
Zgadza się pani z tezą Konrada Szymańskiego, byłego szefa dyplomacji rządu Prawa i Sprawiedliwości, że weszliśmy na drogę Polexitu? Między innymi za sprawą oporu wobec SAFE i weta?
- Na tej drodze PiS nie znalazł się z powodu SAFE. Jakiś czas temu zaczęli zaostrzać antyunijną retorykę. Unia stała się czymś złym, nie tylko z powodu ideologii, ale czymś, co zagraża naszej suwerenności. To niebezpieczna droga. Przez nią Wielka Brytania wyszła z UE. Żaden problem tam się nie rozwiązał, a pojawiły się nowe. Potrzebujemy sojuszników. Pojedyncze państwa nie są w stanie się obronić i nie są w stanie budować swojego rozwoju. Potrzebujemy do tego Unii, tej wspólnoty, którą tworzyliśmy. To nieodpowiedzialne.
Pytałem o to wczoraj posłankę Rusecką, byłą wicerzeczniczkę Prawa i Sprawiedliwości, która mówiła - „bzdura wymyślona przez Koalicję Obywatelską po to, by przede wszystkim polaryzować, już teraz przed wyborami. Nikt z nas nie chce wychodzić z Unii Europejskiej”.
- Trudno tutaj nazwać Szymańskiego członkiem KO.
To jest oczywiście były szef dyplomacji.
- Jednak związany z ugrupowaniem. Pod kątem wartości też bliski PiS-owi. To nie jest spin KO, ani innej partii niż PiS. Słyszymy wypowiedzi ministra Czarnka, inne twierdzenia, że Unia zabiera nam suwerenność i nam zagraża. To budowanie niechęci do UE, przygotowania pod Polexit.
Wróci na poważnie dyskusja o wspólnej liście wyborczej, skoro na stole leży Polexit?
- W przypadku jednej listy jest wielkie zagrożenie, że duża część obywateli zostanie w domach. Uznają, że nie ma ugrupowania, na które mogą zagłosować z czystym sumieniem. Jestem zwolenniczką różnorodności w polityce.
Czyli Lewica osobno?
- Mam nadzieję, że będziemy mieć różne listy. Trudno na jednej liście pogodzić Kosiniaka-Kamysza i Agnieszkę Dziemianowicz-Bąk.
Rząd ogłasza, że ponad 8,5 mld zł przeznaczy w tym roku na program mieszkaniowy, który ma ułatwić życie czterem milionom rodzin w luce czynszowej. To spora liczba, cztery miliony, nie wiem, skąd się taka liczba wzięła. Czy to nie jest za bardzo skomplikowane? Granty dla samorządów, do tego zintegrowane plany inwestycyjne?
- Nie. To nie jest skomplikowane. Mówimy o dużym programie, który powinien oddziaływać na kilku poziomach. Gminy będą budowały mieszkania. Są tam SIM-y i TBS-y. Mamy różnorodny rynek mieszkaniowy, społeczny. Te narzędzia muszą być adekwatne. W tym roku będzie to ponad 8 miliardów. To wielki zastrzyk. Państwo zaczyna dostrzegać osoby w luce czynszowej. To początek. Komponentem programu mieszkaniowego jest budowa akademików. Chcemy, żeby studenci żyli w godnych warunkach, a ich studia nie były warunkowane tym, czy ich rodziców stać na horrendalnie wysoki czynsz.
To jest program skrojony pod Kraków? Z czynszem sięgającym od 1000 do 1200 zł za miesiąc i z fatalnym dostępem do gruntów.
- To problem Krakowa. Dostęp do gruntów jest mały. Bank ziemi miasta prawie nie istnieje. Radni i prezydent zabezpieczają już jednak grunty, są pierwsze inwestycje mieszkaniowe. To proces. Odrabiamy wieloletnie zaniedbania. Nie wydarzy się to jak za dotykiem czarodziejskiej różdżki. To praca na lata.
Mówimy o mieszkaniach bez prawa dziedziczenia?
- Tak.
Dlaczego?
- Nie możemy zmniejszać zasobu mieszkaniowego. Będzie możliwość dziedziczenia prawa do zamieszkania w lokalu, ale po uwzględnieniu sytuacji finansowej kolejnego pokolenia. Nie po to, że jak te osoby przekroczą progi, żeby je wyrzucić, ale zaproponować im sprawiedliwy czynsz. On będzie dla nich do udźwignięcia. Nie możemy karać za to, że jakiejś rodzinie poprawia się byt.
Czyli jeśli ktoś nie będzie spełniał warunków finansowych, nie będzie mógł pozostać w tym mieszkaniu?
- Będzie mógł, ale będzie przeliczany czynsz. To uczciwe.
Bez prawa dojścia do własności oczywiście?
- Bez prawa dojścia do własności.
Udzielają się pani nastroje referendalne w jakiś sposób?
- Mam za dużo pracy, żeby dawać się ponieść emocjom. Na pewno okres zbierania podpisów był trudny. Mieliśmy wiele ataków na prezydenta Miszalskiego i ataków na zbierających podpisy. Gorszące były ataki polityków KO, one nie powinny mieć miejsca.
Namawiać do udziału, czy demobilizować? Co by pani dzisiaj radziła prezydentowi?
- Prezydent Miszalski ma dwie ścieżki. Pierwsza to ścieżka prezydenta Karnowskiego, który zachęcał do referendum i ścieżkę Hanny Gronkiewicz-Waltz, która zniechęcała.
Która jest lepsza?
- Im się udało. Sopot jest miastem mniejszym. 50 tysięcy mieszkańców. To był rok 2008. Nie było mediów społecznościowych, a prezydent Karnowski rządził kilka kadencji i wygrywał zawsze w I turze. Nie chcę doradzać panu prezydentowi. To jego walka. Jako posłanka z Krakowa będę wspierała Kraków w walce o metro, finansowaniu i innych rozwiązaniach.