Chciałbym zapytać o przyszłość Ukrainy w nowej sytuacji geopolitycznej. Świat skupia się dziś na Iranie. Czy to zła wiadomość dla Ukrainy, czy może przeciwnie - nie musi jej zaszkodzić?
Myślę, że nie wygląda to najgorzej. Trzeba pamiętać, że bez wsparcia Iranu – dostaw sprzętu wojskowego, w tym dronów Shahed - Rosji byłoby znacznie trudniej prowadzić wojnę przeciwko Ukrainie. To wsparcie było kluczowe.
Ale te drony trafiły do Rosji już kilka lat temu. Dziś Rosjanie produkują je sami.
Nie do końca. To wciąż w dużej mierze irańska technologia. Irańscy inżynierowie współtworzyli systemy i zakłady produkcyjne. Bez Iranu Rosji byłoby dużo trudniej. Przez Morze Kaspijskie płynęły dostawy, które wzmacniały rosyjską armię. Dlatego obecne uderzenia w Iran są z perspektywy Kijowa korzystne.
Warto też dodać, że Ukraina rozwija własne technologie - zarówno drony, jak i systemy antydronowe. Prezydent Wołodymyr Zełenski szuka również wsparcia finansowego w krajach arabskich, bo Unia Europejska nie zawsze działa w tej kwestii wystarczająco skutecznie.
A co z cenami ropy? Wzrost do poziomu 100–110 dolarów za baryłkę wzmacnia budżet Rosji.
Rosja nadal sprzedaje ropę - głównie do Chin i sąsiadów - choć sankcje obowiązują. To bardzo złożona sytuacja. Kluczowym graczem pozostaje też Izrael. Warto pamiętać, że prezydent Zełenski ma żydowskie korzenie i dobre relacje z Izraelem.
Mamy dziś do czynienia z dużym chaosem w polityce globalnej. Iran próbuje atakować amerykańskie bazy w krajach arabskich, co zmienia dynamikę konfliktu. Trzeba też obserwować Chiny - dla nich Iran był ważnym sojusznikiem. Widać, że tracą wpływy, a Stany Zjednoczone na tym zyskują.
Czy zaangażowanie USA na Bliskim Wschodzie nie ograniczy dostaw broni dla Ukrainy? Pojawiały się takie sugestie.
Ukraina coraz lepiej radzi sobie dzięki własnej produkcji, szczególnie w zakresie dronów. Widać to po skutecznych atakach na rosyjską infrastrukturę - rafinerie i obiekty strategiczne. To poważny problem dla Rosji.
Jednocześnie Rosja próbuje budować narrację, że to Zachód jest słaby i że NATO się rozpada. Tymczasem Europa sama ma tu sporo do zrobienia - choćby w kwestii wydatków na obronność. Deklaracje to jedno, a realne działania to drugie.
Pojawiają się też zarzuty, że działania USA wobec Iranu były podejmowane bez konsultacji z sojusznikami. Ale zapytam inaczej: gdyby Ameryka całkowicie wycofała wsparcie dla Ukrainy, czy Europa byłaby w stanie ją obronić?
To bardzo trudne pytanie. Europa wiele deklarowała - od misji pokojowych po wsparcie finansowe - ale często kończyło się na słowach. Środki są blokowane, choćby przez Węgry czy Belgię.
Nie widzę dziś pełnej gotowości Europy do zdecydowanych działań. Widać raczej chęć powrotu do rozmów z Rosją. Przykładem są wypowiedzi Emmanuela Macrona czy rosnące wpływy AfD w Niemczech, które marzy o powrocie do taniego gazu z Rosji.
To przypomina sytuację sprzed II wojny światowej - dużo deklaracji, mało realnych działań.
Na koniec: czy możliwy jest kolejny konflikt - na przykład atak Chin na Tajwan?
Dziś wszystko jest możliwe. Mam wrażenie, że to, co obserwujemy, może być początkiem trzeciej wojny światowej - scenariusz przypomina wydarzenia z 1939 roku.
To mało optymistyczne zakończenie. Dziękuję za rozmowę.
Gościem Radia Kraków był Jan Piekło, publicysta i dyplomata były ambasador Polski w Ukrainie.