Zapis rozmowy Jacka Bańki z posłem PiS, Arkadiuszem Mularczykiem.
W wyborach parlamentarnych zdobył pan ponad 72 tysiące głosów. To jeden z najlepszych wyników w Małopolsce. Gdyby nie kampania samorządowa w Nowym Sączu, mogłoby być lepiej?
- Chciałbym podziękować wszystkim wyborcom głosującym na mnie i na PiS. Nasz wynik w Małopolsce i w moim okręgu jest imponujący. Nigdy nikt nie zdobył takiego wyniku. Dziękuję. To dla nas wielkie zobowiązanie, żeby rzetelnie pracować dla regionu. Jestem szczęśliwy z takiego wyniku.
Tak czy inaczej PiS liczył w okręgu nowosądeckim na dziewięć mandatów. Skończyło się na ośmiu. Jest pan zaskoczony, że ten mandat przypadł PSL-owi?
- W pewnym sensie tak. Z prognoz wynikało, że mandat jest blisko. Tak jest. Do 9 mandatu brakło nam 130 głosów. Ta liczba głosów podzielona przez 9… Jakbyśmy mieli 130 głosów więcej, mandat numer 9 byłby dla PiS. Różnice były. Metoda jest jaka jest. Dziewiąty mandat przypadł PSL-owi. Otarliśmy się o niego. Na pewno nasz wynik jest znacznie wyższy niż z 2015 roku. Dostaliśmy kilkadziesiąt tysięcy głosów więcej. To sukces. Praktycznie wszędzie nasza wygrana była bardzo duża. Dziękujemy. To wynik zaufania dla naszej formacji, chęć kontynuowania reform. Wszyscy walczą. Wszystkie formacje wystawiły mocnych kandydatów. Wyborcy w systemie demokratycznym mogą głosować na każdego. Wygraliśmy znacznie w okręgu, Małopolsce i w Polsce. Jeśli chodzi o podział na województwa to wygraliśmy w 14. W okręgach wygraliśmy wszędzie, poza 5 okręgami. Takiej sytuacji w historii nie było, żeby jedna formacja taki sukces odniosła.
W okręgu sądeckim Ludowcy wcześniej nie mieli mandatu, podobnie jak w Krakowie. Teraz mają łącznie trzy mandaty. Po jaki elektorat sięgnął PSL, że kończy te wybory z dobrym wynikiem?
- To kwestia do analizy. Być może pewne elementy na finiszu kampanii zdecydowały. Część konserwatywnych wyborców może się zniechęciła do PiS i zagłosowali na Konfederację czy PSL. To kwestia oceny, jakie elementy programu zdecydowały, że część elektoratu się przesunęła. Kampania jest dynamiczna. Zdarzają się błędy. Wszyscy pracują i walczą. Była aktywność wszystkich formacji. Część wyborców odchodzi, część się pojawia na scenie. To proces ciągłej analizy sytuacji.
Jest pan zaskoczony porażką Stanisława Koguta w wyborach do Senatu? On przegrał ze swoim byłym asystentem, dzisiaj senatorem?
- Chcę pogratulować Wiktorowi Durlakowi. Trudno było przewidzieć wynik. Senator Kogut przez lata miał świetne wyniki. Ciężko było dokonać analizy szans. Jednak Wiktor Durlak dzięki ciężkiej pracy i naszemu szyldowi osiągnął świetny wynik. Gratuluję mu.
Jakie mogą być skutki większej liczby posłów Solidarnej Polski i Porozumienia w ramach Zjednoczonej Prawicy? Jakie to spowoduje zmiany wewnątrz bloku?
- Żadne. Ci parlamentarzyści, którzy są popierani prze Zbigniewa Ziobro czy Jarosława Gowina, weszli z list PiS. Wyborcy głosowali na listę PiS. To nie będzie miało reperkusji politycznych. Ci parlamentarzyści będą zgodnie członkami naszego klubu. Wielu z nich to osoby doświadczone. Część to ludzie młodzi, nowi w polityce. Oni weszli z samorządu, sejmików. To parlamentarzyści, którzy działali w strukturach PiS.
Jak zmieni się proces legislacyjny po tym, gdy w Senacie większość zdobyła opozycja?
- Zobaczymy czy będzie większość. Póki co jest 48-48 i kilka mandatów kandydatów niezależnych. Zobaczymy jak te osoby się zachowają. Chcąc stworzyć stabilną większość w rządzie, większość w Senacie jest potrzebna. Liczę na porozumienie. Nie byłoby dobrze, żeby izba wyższa kontestowała wszystkie ustawy sejmowe. Senat będzie miejscem do konsensusu. Znajdziemy właściwe rozwiązanie, żeby Senat był spójnym elementem procesu legislacyjnego.
Na czym ten kompromis mógłby polegać? Na przeciągnięciu kilku senatorów na stronę PiS?
- Nie chcę używać takich słów. W Senacie jest 100 senatorów. Żeby wyłonić marszałka i prezydium, potrzebna jest większość. Trzeba zbudować pole do kompromisu. Pani Kidawa-Błońska mówiła o współpracy. Przetestujemy to w Senacie. Nie byłoby dobrze, żeby Senat kontestował wszystko, co jest przyjęte w parlamencie. Porozumienie jest ważne. Większość w izbie wyższej powinno być, żeby ona nie była opornikiem, ale elementem uzupełniania ustaw.
Dzisiaj dokończenie posiedzenia Sejmu. Czekają nas niespodzianki, czy wszystko się odbędzie zgodnie z porządkiem obrad?
- Trudno przewidzieć. Dzisiaj część parlamentarzystów ze starej kadencji nie została wybrana. Zmiany są duże. W PiS zachowaliśmy konstans. Na opozycji zaszły duże zmiany. PO ubyło 35 parlamentarzystów, pojawi się nowy klub. Klub Kukiz-PSL też jest mniejszy. Ciężko przewidzieć jak zachowają się te osoby. Mam nadzieję, że ostatnie posiedzenia będą spokojne i godne. To zamknięcie etapu. Nie ma tam kontrowersyjnych spraw, żeby było wrzenie. To jednak polityka. Zobaczymy.
Jakiej nowej kadencji się pan spodziewa? Będzie Lewica, Konfederacja. Pytam o temperaturę sporu.
- Mam doświadczenie polityczne. Na pewno będzie gorąco. Często w nowych wyborach wchodzą ugrupowania kontestujące wszystko, które wszystko chcą zmienić. One wypadają zwykle po 4 latach. Tak było z Samoobroną, Palikotem, Kukizem, Nowoczesną. Teraz też ich zobaczymy. Pewnie za 4 lata ich nie będzie. Będą ataki z prawa i lewa. Ważny jest umiar i rozsądek. Sejm to nie kabaret. Tu decydujemy o najważniejszych sprawach.