Prawda przestała nam wystarczać, a do głosu doszli ludzie, którzy historię mierzą liczbą wyników w wyszukiwarce. Mamy rok 2026, a w polskiej debacie publicznej padają słowa, które uderzają jak policzek w twarz ocalałych. Słyszymy polityków, którzy mówią z rozbrajającą szczerością: „Szukałem zdjęć komór gazowych w Google i nie ma ich zbyt wiele”. Na tej podstawie sugerują, że to… „wątła hipoteza”.
To nie jest żadne „poszukiwanie prawdy”. To tania, cyniczna manipulacja. Naziści pod koniec wojny robili wszystko, żeby zatrzeć ślady. Wysadzali krematoria, palili góry dokumentów. Byli jednak zbyt dumni ze swojego „dzieła”, żeby nie zostawić dowodów.
Prawda jest taka: Holokaust to najlepiej udokumentowana zbrodnia w dziejach. Nawet sami naziści, kiedy stali przed sądem w Norymberdze, nie mówili: „To się nie stało”. Oni mówili: „Tak, zrobiliśmy to, ale tylko wykonywaliśmy rozkazy”. Oni prowadzili tę księgowość śmierci z przerażającą, niemiecką precyzją.
Co mamy na stole? Z samych procesów norymberskich - ponad trzy tysiące dokumentów. Mamy „Raport Korherra” z konkretnymi liczbami. Mamy protokół z Wannsee o „ostatecznym rozwiązaniu”. Mamy przemówienie Himmlera z 1943 roku, gdzie wprost mówi o „eksterminacji narodu żydowskiego”. Mamy wreszcie relacje więźniów z Sonderkommando - ludzi, którzy własnymi rękami wyciągali ciała z gazu.
A dziś? Dziś algorytm podsuwa nam treści, które mają „budzić kontrowersje”, bo kontrowersja to zasięg. Dla młodych ludzi wojna to już nie jest opowieść dziadka, bo świadkowie odchodzą. To jest „content” na TikToku czy Facebooku.
Musimy być dosadni: negowanie Holokaustu to nie jest „inna opinia”. To narzędzie nienawiści. To próba wybielenia ideologii, która zamieniła Europę w cmentarzysko. To, co wydarzyło się godzinę drogi stąd, z Krakowa - w Oświęcimiu - nigdy nie może stać się „opinią”. Musi pozostać przestrogą.
Prawda nie potrzebuje milionów lajków, żeby być prawdą, ale potrzebuje nas, żebyśmy o niej nie zapomnieli.