Zapis rozmowy Jacka Bańki z Adamem Gliksmanem, sekretarzem zarządu małopolskiej Solidarności.
W ciągu ostatnich tygodni coś się zmieniło? Chodzi o stanowisko Solidarności. Ono jest sztywne czy uległo złagodzeniu? W niedzielę otwarte mają być tylko małe sklepy, o ile za ladą stanie właściciel?
- Pod tym względem niewiele się zmieniło. Wczorajsza prezentacja projektu w Sejmie pokazała, że jest pewne pole do negocjacji. Ono może dotyczyć na przykład kwestii niektórych miejscowości turystycznych, tam można rozszerzyć możliwość funkcjonowaniach sklepów. Generalna zasada jest taka, żeby przywrócić znaczenie niedzieli. Powinno być tak jak mówił Alfred Bujara, żebyśmy mieli świadomość, że niedziela nie jest normalnym dniem pracy.
Kilka tygodni temu rozmawialiśmy tutaj o miejscowościach turystycznych. Możliwe są zatem wyłączenia?
- To będzie przedmiotem dalszych prac nad ustawą. Dobrze się stało. Dobrze by było jakby model pracy nad tą ustawą był dobrą zachętą na przyszłość. Wczoraj było kilka spostrzeżeń w Sejmie. Będzie pole do dyskusji. Mam nadzieję, że to doprowadzi do takiego kształtu ustawy, która będzie akceptowana przez wszystkich. Mamy na to czas. Zainteresowanie samorządów, pracodawców i pracowników powoduje, że to będzie dobra ustawa.
Są różne propozycje. Paweł Kukiz mówi o referendum. Co pan na to?
- Zdecydowaliśmy się na złożenie projektu inicjatywy obywatelskiej. Idźmy tym tropem. Teraz jest to w Sejmie. Potrzeby referendum nie ma. Projekt poparło ponad pół miliona Polaków. Jest wsparcie. Podpisy były zbierane w lecie – wtedy aktywność jest słabsza. To ponad 5 razy więcej podpisów niż przewidują przepisy. Poparcie jest znaczące, mimo że oczywiście są wątpliwości co do ustawy. Przy stolikach ludzie dyskutowali, zastanawiali się. To żywy temat, ale wielu Polaków to poparło. Dane statystyczne pokazują, że około 61% Polaków to popiera. Kilka miesięcy temu to było 40%. W toku dyskusji, dzięki nagłośnieniu tego, więcej Polaków się przekonało.
Pan jest w 100% przekonany? Wskazując na Europę zachodnią to różnie bywa z niedzielą.
- Tak, ale w większości krajów zachodniej Europy...
Jak w większości?
- 9 na 15 krajów starej Unii ma wprowadzony zakaz, albo handel niedzielny jest tam ograniczony. Ja jestem przekonany. Staram się nie robić zakupów w niedzielę. Jestem zapracowany. Trzeba sobie umieć ułożyć czas, także na zakupy w sobotę czy piątek. Polacy są tak zorganizowani, że dadzą sobie radę. Nie hegemonizowałbym tego problemu. Jako związek zawodowy stajemy po stornie pracowników. To pracownicy, którzy są zmuszani do pracy w niedziele za normalne wynagrodzenie. Nie mają za to benefitów. Dlaczego ich rodziny mają cierpieć?
Może w tę stronę należy iść i mówić o wynagrodzeniu? Nie wydaje się panu, że w Europie jest odwrotna tendencja? Węgrzy się sparzyli. Jak obserwujemy hipermarkety we Włoszech to są napisy – w niedzielę otwarte. Kiedyś były zamknięte, teraz informujemy, że jest otwarte.
- Tak, to się zmienia. Te tendencje mogą być różne. Jak chodzi o przykład węgierski to pewnych rozwiązań działających w jednym kraju nie można przekładać na inny. Doświadczenie uczy, że to się nie sprawdza. Na Węgrzech ludzie nie popierali tego pomysłu. Mówienie, że się sparzono nie jest uzasadnione, ponieważ obawy, które były zgłaszane odnośnie spadku obrotu w sklepach i zwolnień nie sprawdziły się w ciągu tych 2 lat kiedy ten przepis działał. Tam ludzie nie byli gotowi. Polacy się nad tym zastanawiają. Można zaryzykować wprowadzenie tych rozwiązań. We Włoszech widać faktycznie te informacje, ale wielu Włochów nie robi wtedy zakupów. W Niemczech to jest normalne. Pamiętajmy też, że u nas zamknięcie sklepów w niedziele może ożywić inne gałęzie turystyki, na przykład restauracje. U nas problemem jest to, że ceny w restauracjach są bardzo wysokie. Nie każdy może na to sobie pozwolić. W Niemczech jak chcemy kupić napój w sklepie czy w restauracji to różnica nie jest duża, dlatego wybieram restaurację, bo tam mogę miło spędzić czas. Może te zmiany w naszym funkcjonowaniu będą.
Pole do dyskusji jest olbrzymie. Na przykład robimy takie wyłączenia: handlować w niedziele można dewocjonaliami, ale książkami już nie. Dlaczego?
- To jest pole do zastanowienia się jakie towary powinny być dostępne w niedziele. Te zgłaszane pomysły przez samorządowców, pracodawców i związek zawodowy doprowadzi do tego, że katalog wyłączeń będzie mógł być poszerzony.
Podoba się panu zapis, że za złamanie zakazu mogłoby grozić więzienie?
- Wczoraj Alfred Bujara to wyjaśnił. Chodzi o sytuację jak grzywny nie będą zabezpieczały przed łamaniem praw pracowniczych. Stąd takie ostre zapisy, które mogą być jednak złagodzone. Chodzi o pokazanie, że jest problem, bo nowe przepisy mogą nie być respektowane. Trzeba to zabezpieczyć, żeby pracownicy nie musieli w niedziele pracować.
Jak będziemy straszyć ludzi więzieniem to nie wiem czy społeczny odbiór tego projektu będzie dobry.
- Straszenie nie jest dobre, ale w każdej ustawie są takie środki. W tym wypadku są takie ostre zapisy, ale myślę, że one będą złagodzone. Problem łamania prawa pracy jest w Polsce obecny. Kary są relatywnie niskie w stosunku do szkód.
Jaki kalendarz prac? Wczoraj Sejm się zajął projektem. Co dalej?
- To już rola parlamentu.
Związkowcy mają pewnie słowo.
- Nie wiemy. Trzeba pytać Alfreda. Zależy nam na szybkiej dyskusji, żeby ustawa nie trafiła do zamrażarki. Dyskusja będzie żywa. Wskazywały na to wczorajsze wypowiedzi posłów.