Legenda polskiego himalaizmu, człowiek, który spędził w górach ponad pół wieku i wciąż nie powiedział ostatniego słowa. Ryszard Pawłowski to nie tylko zdobywca najwyższych szczytów świata, ale także świadek ogromnych zmian, jakie zaszły w świecie wspinaczki. W rozmowie opowiada o tym, jak ewoluowało pojęcie „zdobywania”, dlaczego dziś ważniejsze od wysokości bywają unikalność i styl, oraz co sprawia, że mimo upływu lat nadal szuka nowych wyzwań. To opowieść o pasji, doświadczeniu i nieustającej potrzebie przekraczania granic – nie tylko tych geograficznych.
KN: Ryszard, czas szybko mija? Jak Ty to widzisz, bo jesteś już tyle lat w górach.
Ryszard Pawłowski: Oczywiście mija, chociaż jak dla mnie to zawsze jest czas bardzo przyjemny. Jest inaczej niż te 50 lat temu, kiedy zaczynałem się wspinać, bo wtedy uciekałem ze Śląska, z tego zadymionego, zakurzonego, z internatów, hoteli robotniczych. Teraz spożytkowuję tę wiedzę, którą zdobywałem podczas różnych wyjazdów i raczej każdy wyjazd jest teraz bardziej przemyślany, ale wciąż mnie cieszy, bo zdrowie mi dopisuje, umiejętności, które wiadomo w ciągu tylu lat nabyłem, teraz procentują.
KN: Po tylu latach wspinaczki, gdy ciało zbliża się do 80 lat umysł jest zdecydowanie bogatszy, definicja zdobywania jest czym innym?
Ryszard Pawłowski: W sposób zasadniczy. Wtedy, kiedy byłem jeszcze dużo młodszy, bardziej aktywny, bardziej agresywny, starałem się robić coś, żeby zwrócić na siebie uwagę. Wtedy Polski Związek Alpinizmu decydował, kto wyjeżdża. Ośrodek tego dowodzenia był i jest dalej w Warszawie, więc ja musiałem zwrócić na siebie uwagę, żeby ktoś mnie zauważył lub ewentualnie wytypował na jakieś wyjazdy. Wtedy nie było innej drogi. Nie wystarczyło mieć pieniądze, żeby jechać. Teraz, z większością wyjazdów, przynajmniej tych komercyjnych, trzeba mieć kasę, żeby wyjeżdżać i zrealizować ten swój cel, o który się wymarzyło.
KN: Czy to co robisz obecnie nazywasz jeszcze zdobywaniem?
Ryszard Pawłowski: Absolutnie jest czymś innym. Przez wiele lat, ze względu na to, że zdecydowałem się na pracę przewodnika po górach, że prowadziłem przez dłuższy czas agencję, na niektóre szczyty wyjeżdżałem po kilkadziesiąt razy, tak jak na przykład na Ama Dablam, Elbrus czy Aconcagua, prowadząc wyprawy i mając z tego zarówno jakieś środki utrzymania, jak i zadowolenie. Trafił na mnie Tomasz Bryl, z którym zaczęliśmy zdobywać bardzo nieoczywiste cele – chodzi o to, aby to było ciekawe, ale też żeby ktoś przed nami tego nie zrobił. Takim celem była Korona Wulkanów Ziemi. Teraz mamy zupełnie inne cele, za dwa dni wylatujemy do Mongolii, gdzie chcemy wejść na Mount Khüiten. On może nie jest wysoki, bo ma tylko ponad 4300 metrów, ale wciąż trwa tam zima i jest to szczyt, który nie był zdobyty przez żadnego Polaka, a także przez nikogo z Europy w tym sezonie zimowym. Jesienią planujemy też Alaskę Kanadyjską w rejonie, gdzie nie byli Polacy. To są cele-perełki, które wcześniej trudno było nawet wymarzyć, bo wymaga to trudnej logistyki i dużych kosztów finansowych.
Ktoś docenił moje umiejętności i chce robić coś ciekawego. Teraz wejście na Mount Everest czy zdobywanie Korony Ziemi nie jest już wyczynem – zrobiło to już wielu ludzi. Są jednak cele, które pozwalają zapisać się w historii polskich zdobywców, i to jest niezwykle motywujące.
KN: Czyli iskra zdobywcy, gen zdobywcy cały czas pozostaje. Powiedziałeś o komercyjnych wyprawach i o wyjściach. Jak to jest, gdy się jest prowadzącym taką wyprawę? Zmieniasz podejście psychiczne w porównaniu z tym, gdy chodziłeś sam i byłeś odpowiedzialny tylko za siebie?
Ryszard Pawłowski: Jest różnica, jeśli prowadziłem wyprawy narodowe czy klubowe – wtedy partnerzy mieli podobne umiejętności i byli odpowiedzialni za siebie. Wyprawy komercyjne czy przewodnickie są zupełnie inne, bo uczestnicy często mają mniejsze doświadczenie i ja odpowiadam za podejmowanie decyzji. Każda decyzja ma swoje następstwa, staram się nie popełnić błędu. Doświadczenie zdobyte na setkach wyjazdów pozwala przewidzieć sytuacje zagrażające zdrowiu lub życiu uczestników. Czasem rezygnuję z własnych marzeń, by wyprawa była bezpieczna.
KN: Zdobyłeś 11 ośmiotysięczników. Ile razy byłeś w ogóle na ośmiotysięcznikach?
Ryszard Pawłowski: Nie liczę dokładnie, ale byłem około 18 razy. Na Mount Evereście pięć razy, na Gaszerbrumie II trzykrotnie, na Czo Oju dwukrotnie i tak dalej. Nie starałem się kolekcjonować Korony Himalajów i Karakorum, bo od jakiegoś czasu wejścia zaczęto robić w innym stylu, np. z użyciem tlenu, co dla mnie nie jest atrakcyjne. Największą satysfakcję dawały pierwsze wejścia, nowe drogi, styl sportowy – np. K2 w 1996 roku z Krzysztofem Wielickim i Piotrem Pustelnikiem od strony chińskiej filarem północnym, bez użycia tlenu. Podobnie południowa ściana Annapurny drogą brytyjską.
KN: Padło imię Jerzego Kukuczki.
Ryszard Pawłowski: Byliśmy na kilku wyprawach, ale nie brałem udziału w rywalizacji o wszystkie ośmiotysięczniki Jurka z Reinholdem Messnerem. .
Mnie wtedy bawiły przejścia w stylu sportowym, niekoniecznie w górach ośmiotysięcznych. To były, wspinaczki w górach całego świata takich jak najbardziej rozpoznawalny rejon skalny Yosemite, gdzie wspinałem się jako pierwszy. Wchodziliśmy drogą przez noc jako pierwsi Polacy. Wejścia, które robiłem w Patagonii wchodząc na przykład na Fitz Roy czy później jako pierwsi Polacy wchodziliśmy na Torres del Paine północną. To były typowo sportowe pierwsze polskie wejścia i to dawało mi satysfakcję.
W roku 1984 po raz pierwszy na szczyt ośmiotysięczny wchodziłem na Broad Bik. Później już w 1985 i 1989 byłem partnerem Jurka, na południowej ścianie Lhotse. Były to wyjazdy klubowe, ale wtedy byłem rzeczywiście bezpośrednim partnerem Jurka, z czego miałem dużą satysfakcję, natomiast nigdy te ośmiotysięczne szczyty nie były dla mnie najważniejsze.
Bardziej interesowały mnie zawsze wspinaczki typowo sportowe, podczas których wspinałem na przykład z jednym z partnerów i zdani byliśmy tylko na własne siły oraz własny sprzęt, który mieliśmy ze sobą. Te długie wyprawy nie bardzo mnie interesowały. Później wyjeżdżałem dlatego, że były to wyjazdy często klubowe, ale również przewodnickie, na których byłem liderem i nie ukrywam, że na Mount Everest, gdzie po raz pierwszy wchodziłem w roku 1994, wchodziłem głównie dlatego, że często mnie pytali “Panie Ryszardzie, a kiedy w końcu pan wejdzie na ten Mount Everes”.
Wtedy kiedy byłem zaproszony przez wyprawę brytyjską, żeby być jednym z przewodników, Mount Everest kosztował 65 tysięcy dolarów na osobę, a mnie nawet na część tego by nie było stać, ale skoro mogłem połączyć właśnie udział w tej wyprawie i jeszcze do tego nie dopłacać, to bardzo chętnie z tego skorzystałem i w niespełna rok, w roku 1995 od razu od od strony tybetańskiej wchodziłem. Później otrzymywałem propozycje, aby być przewodnikiem, organizatorem czy liderem wypraw właśnie na szczyty ośmiotysięczne, więc godziłem tą przyjemność bycia w górach ze swoją pracą wtedy jako przewodnika, bo zwolniłem się z kopalni mimo, że już byłem wtedy inżynierem i mogłem również pracować na stanowiskach sztygarów.
KN: Powiedziałeś, że jesteś sportowcem, że masz taką iskrę sportowca, zdobywcy. Masz też złość sportową, że coś się nie udało? Nie zdążyłeś czegoś zrobić?
Ryszard Pawłowski: Bywa tak, że coś z naszych planów nie wychodzi. Na przykład nie ma dobrej pogody i wtedy nie wchodzimy. Ja to rozumiem, bo wiem, że góry takie są, lubią płatać niespodzianki.
Wym roku na przykład byłem zaproszony przez kolegę, z którym wcześniej bywałem na wyjazdach. Ma już zaliczone wszystkie góry typu korona ziemi, natomiast nie Mount Everestu. Ja nie chciałem się zgodzić jeszcze dwa lata temu, żeby wchodzić od strony nepalskiej ze względu na te tłumy ludzi, które widzimy tam, że idą krok w krok i często zdarzają się wypadki.
Zdecydowaliśmy się na wejście od strony tybetańskiej. Wszystko było przygotowane, bilety kupione, pieniądze zorganizowane i okazuje się, że Chińczycy w ostatniej chwili, bez podania powodów po prostu powiedzieli, że w tym roku, w tym sezonie od strony tybetańskiej Mount Everest będzie zamknięty. Takie przypadki się zdarzają i cóż można zrobić. Po prostu trzeba to przyjmować. Trudno się złościć.
Pozostaje niedosyt, ponieważ plany które się robiło prawie od roku, przygotowania pod każdym kątem, czas, pieniądze… wszystko to nagle się rozsypuje, ale cóż… ja już swoje lata mam, rozumiem jak to jest i staram tego nie rozpamiętywać za bardzo, bo jak wiemy różnie się dzieje na świecie.