Brak chodników na obrzeżach Krakowa, lub te zniszczone i z popękanymi płytkami, to jedno. Ale pieszy poza chodnikiem, w miejscu gdzie jego interes spotyka się z interesem innych pojazdów, prawie zawsze przegrywa. W drodze do pracy, po wyjściu z autobusu, muszę przeciąć dwie nitki Alei Słowackiego. Na przejściach dla pieszych tracę zawsze około trzech minut. Najpierw muszę przepuścić auta z Alei, potem te skręcające z Kazimierza Wlk., a kiedy doczekam się już zielonego światła, na drugim przejściu zapala mi się czerwone. A to wszystko pod warunkiem, że odpowiednio wcześnie wcisnę przycisk wywołujący zielone. Jeśli nie, muszę odczekać cały jeden cykl. I wtedy przenoszę się na przejście obok. Nadkładam drogi, ale za to jest ciut szybciej. Ten czas wykorzystuję na refleksję. Czy Kraków jest miastem bardziej dla pieszych czy dla samochodów?
Swego czasu, biorąc udział w jednym z "Testów Radia Kraków" (jechaliśmy z Borku Fałęckiego do siedziby rozgłośni), przypadła mi jazda komunikacją miejską. Przepadłem z kretesem, bo... przesiadka na Rondzie Matecznego zajęła mi sześć minut. Z czego połowa to było czekanie na autobus, a druga (a raczej pierwsza) to... przejście z jednego przystanku na drugi. Znów trzy minuty na pokonanie... 50 metrów. Zmotoryzowani koledzy popruli tymczasem w siną dal...
Pieszej masy krytycznej doczekała się już Warszawa, więc to wcale nie jest pomysł z kosmosu. Namiastki w Krakowie już były. Parę lat temu nieszkodliwe happeningi organizowali studenci AGH, którzy w rejonie uczelni musieli biegać przez pasy na złamanie karku, bo zielone było absurdalnie krótkie. Mocno cisnęli urzędników ZIKiT-u i w końcu wywalczyli. Nie udało się to natomiast klientom kina Kijów. Widać są mniej zorganizowani. I tracą czas na przejściu przed kinem.
Może więc czas pomyśleć o powołaniu w Krakowie... pełnomocnika do spraw pieszych, wzorem oficera rowerowego? To też nie jest pomysł znikąd, bo takich pełnomocników mają już Wrocław i Lublin. Sprawdzają, gdzie potrzebne są chodniki i które z nich pilnie wymagają remontu. Wskazują miejsca dla pieszych niebezpieczne i dbają, aby nowe inwestycje komunikacyjne były im przyjazne.
Kraków w niewielu sprawach jest pionierem. Późno wprowadził budżet obywatelski, późno powołał oficera rowerowego, choć jedno i drugie okazało się strzałem w dziesiątkę. Może czas zająć się potrzebami tych, co "chodzą na nogach"? Wszak to podstawowy sposób poruszania się. Wbrew temu, co sądzą niektórzy kierowcy.
Maciej Skowronek