Oczywiście rzeczywistość okazała się daleka od ideału.
Najpierw brakowało kolorowych pojemników / zielony pojawił się dopiero w zeszłym miesiącu ! / . Później okazało się, że tylko mieszkańcy mojego domu zadeklarowali segregację, lokatorzy z trzech innych, korzystający z tego samego śmietnika już nie. Pojawili się też " gościnni wyrzucacze", którzy pod osłona nocy potrafią zapełnić wszystkie pojemniki.
Gdyby śmietnik należał do naszej wspólnoty mieszkaniowej, wydzielilibyśmy fragment, by ogrodzić i zamknąć na kłódkę tak, jak zrobili to mieszkańcy sąsiedniego podwórka. Niestety, śmietnik należy do gminy, więc w sprawie segregacji i zamknięcia musieliby się dogadać administratorzy wszystkich budynków, a takie porozumienie graniczy z cudem.
Tak więc segregujemy śmieci chyba tylko dla śmietnikowych zbieraczy - teraz łatwiej im znaleźć puszki, szkło i makulaturę. Przy okazji przegrzebywania wyrzucają pozostałe śmieci na zewnątrz, albo do innych pojemników. Kiedy jednemu z nich grzecznie zwróciłam uwagę, rzucił wiązankę, która zafascynowałaby każdego językoznawcę.
Po wejściu w życie ustawy, śmieci / przynajmniej w mojej okolicy/ wywożone są częściej niż dawniej, ale w kwestii segregacji niewiele się zmieniło.
Pojawiło się też nowe zjawisko. Podjeżdża samochód, kierowca ciska worek ze śmieciami w najbliższe krzaki i szybko odjeżdża. Kiedyś wielki wór wyleciał z samochodu, który zatrzymał się na światłach na Podgórskiej. Leżał kilka dni na wiślanych bulwarach.
Ustawa śmieciowa miała zlikwidować podobne praktyki. Jak widać nie zlikwidowała. Do tego potrzebna jest zmiana mentalności, a nie ustawa.