Wydaje mi się, że z roku na rok jest ich coraz więcej. Nie wiem, czy rzadziej się sprząta, czy ludzie po prostu więcej śmiecą.
Z okna widzę dwa skwery - ten pod moim domem zadbany, przycięte róże, ozdobne krzewy zaczynające się zielenić, na wygrabionym trawniku wschodzą pierwsze, wiosenne kwiaty. To nasz trawnik, nasz chodnik, wszystko sprzątane na bieżąco, zadbane przez dozorczynię i nas samych. Kilka metrów dalej zaczyna się " ziemia niczyja", czyli gminna. Przy parkingu skwerek zieleni otoczony metalowym płotkiem, na środku rośnie młody krzak bzu, wokół niego jedna z sąsiadek posadziła jesienią cebulki tulipanów, krokusów, żonkili i szafirków. Miały cieszyć oczy kolorowym dywanem kwiatów, ale wschodzące pędy zasłonięte są opakowaniami po czekoladzie, zwojem sztucznego sznurka, złamaną wycieraczką samochodową.
Tuż obok, przepiękny latem i jesienią żywopłot z dzikiej róży. Kiedy pokryje się liśćmi i kwiatami, znikną foliowe torebki, plastikowe butelki, butelki po wódce i piwie, pudełka już nie wiadomo po czym, bo nadgryzione zębem czasu, smętnie zwisająca z gałązki skórka z kurczaka i inne ciekawostki. Nikt tego nie sprząta. Miejskie ekipy czasem zmiotą chodniki i trawniki, ale schylenie się pod żywopłot, czy przez płotek okazuje się być nadludzkim wysiłkiem.
Oczywiście, gdyby ludzie wrzucali śmieci do śmietników i koszy, a nie gdzie bądź, nie byłoby problemu. Ale jest.
Jeden z sąsiadów ma oryginalny zwyczaj wyrzucania wszystkiego przez okno. Dla niepoznaki, wyrzuca nie przez kuchenne okno swojego mieszkania, ale wychodzi na korytarz i buch...przez okno klatki schodowej. Na trawniku leżą więc pety, skorupki z jajek, obierki z jarzyn a nawet wylany tłuszcz z patelni. Naprawdę urocze.
Ostatni wpis na blogu zakończyłam zdaniem : czy musimy żyć w chlewie? Będzie to chyba moje ulubione, końcowe zdanie.