Edytuj
share
To był wyjątkowy polski Sierpień. Co dziś oznacza Solidarność?
Druga połowa sierpnia 1980 roku. Mam 18 lat, właśnie zdałam maturę i dostałam się na wymarzone studia na UJ. Z przyjaciółką wyruszmy na autostopową wycieczkę do Lublina i do Kazimierza nad Wisłą. Nie kupujemy gazet (wiele byśmy się z nich nie dowiedziały), nie oglądamy telewizji. Jedynym źródłem informacji ze świata są rozmowy z kierowcami i ich samochodowe radia. Jeden próbuje nawet złapać, zagłuszaną miarowym buczeniem Wolną Europę. Wszyscy trzymają kciuki za strajkujących stoczniowców. Ale też boją się, co z tego wyniknie.
Flaga Solidarności przed budynkiem Radia Kraków. / fot: Olivier Duśko
Czy nie skończy się jak w grudniu 70. roku, albo jak w czerwcu 76. w Radomiu? Pacyfikacją, strzelaniem, biciem, ofiarami grzebanymi przed świtem. Ostatniego dnia sierpnia wracam do domu.
Włączam czarno-biały telewizor dokładnie w momencie, w którym Lech Wałęsa surrealistycznie dużym długopisem podpisuje Porozumienia Sierpniowe. Pierwszy raz go widzę, młodego człowieka z wąsami, który stanie się symbolem. Nie do końca, a pewnie wcale, zdaję sobie sprawę, że dzieje się historia.
Lawina wydarzeń
7 sierpnia 1980 roku Anna Walentynowicz, suwnicowa pracująca w Stoczni Gdańskiej im. Lenina, została dyscyplinarnie zwolniona z pracy na kilka miesięcy przed emeryturą. Ta, z pozoru szykana jakich wiele, stanie się kamyczkiem poruszającym lawinę wydarzeń.
Garstka opozycjonistów zrzeszonych w nielegalnych Wolnych Związkach Zawodowych postanawia ogłosić strajk solidarnościowy. 14 sierpnia zaczynają na terenie stoczni rozdawać ulotki. Kolejne wydziały przerywają pracę, a do strajkujących stoczniowców przyłączają się inne zakłady pracy z Trójmiasta.
Dwa dni później,16 sierpnia, dyrektor stoczni ogłasza, że spełni wszystkie postulaty, robotnicy zaczynają się rozchodzić. Wtedy kilka kobiet: Alina Pieńkowska. Anna Walentynowicz, Ewa Ossowska i Henryka Krzywonos zamykają bramy i przekonują Lecha Wałęsę, że strajk trzeba kontynuować. W nocy powstaje lista 21 postulatów, z tym najważniejszym: utworzenia niezależnych związków zawodowych.
Trudno dziś do końca zrozumieć wagę tego postulatu i skalę kontroli, jaką nad obywatelami sprawowała rządząca Polska Zjednoczona Partia Robotnicza. Nie była to kontrola opierająca się jak w początkowych latach PRL, na bezpośredniej przemocy.
Z czasem metody zarządzania obywatelami stały się bardziej subtelne, ale nie mniej skuteczne. W każdym zakładzie pracy, fabryce, szkole, szpitalu, uczelni wyższej itp. istniała POP, Podstawowa Organizacja Partyjna. To od jej opinii zależały awanse, nagrody, premie, stypendia, staże, talony na takie dobra, jak samochód czy pralka automatyczna.
Ten, kto należał do PZPR, a przynajmniej nie wyrażał głośno swego niezadowolenia, mógł liczyć na przychylność. Niepokorni musieli się liczyć, że zostaną pominięci przy awansach, przydziale mieszkania, a dostanie paszportu na zagraniczne wakacje, będzie poza ich zasięgiem.
Dlatego też do PZPR należały ponad 3 miliony Polaków, a osób aktywnie wspierających opozycję przedsierpniową było - optymistycznie licząc - może z 1,5 tysiąca w całym kraju.
Brakowało wszystkiego
Tzw. „Złota dekada” Gierka dobiegała końca, w pomrukach niezadowolenia stojących w kolejkach obywateli, którzy chcieli nabyć nie luksusowe dobra, a kawałek mięsa na obiad. Brakowało wszystkiego: proszku do prania, papieru toaletowego, sprzętu AGD i sznurka do snopowiązałek.
Brakowało też wolnego słowa. Cenzorzy kontrowali każde zdania zapisane w książkach, gazetach, wygłaszane w telewizji, radiu, teatrze czy kabarecie. Niepokorni autorzy trafiali na czarną listę, na ich nazwiska był tzw. zapis cenzorski. Nie mogli w oficjalnym obiegu opublikować niczego, własnego tekstu, wiersza, czy przekładu.
Uciekano więc w życie rodzinne, towarzysko- sąsiedzkie kręgi. Próby działania publicznego czy społecznego były zawsze ryzykowne, że wejdzie się na teren zastrzeżony dla matki – partii, albo że trzeba będzie szukać jej akceptacji czy przychylności.
Flaga Solidarności przed budynkiem Radia Kraków. / fot: Olivier Duśko
Fenomen polskiego Kościoła
Jedyną niezależną strukturą społeczną, choć jak się potem okazało nie wolną od inwigilacji, był Kościół Katolicki. Język, jakim się komunikował, nie był powszechną nowomową propagandy, wartości, które głosił, zaprzeczały partyjnym dogmatom, patriotyzm, którego uczył, nie nakazywał miłości do bratniego narodu radzieckiego i światowego proletariatu.
Po wyborze kardynała Wojtyły na papieża, po jego pierwszej pielgrzymce do Polski, Kościół stał się miejscem, gdzie wielu niezależnie myślących Polaków mogło poczuć smak autentycznej wolności.
Stąd te zdumiewające zagranicznych korespondentów, sceny, podczas strajku w gdańskiej Stoczni Im Lenina: polowe msze, masowe spowiedzi, obraz Matki Boskiej na słynnej stoczniowej bramie nr 2.
W takiej atmosferze dzień po dniu toczyły się negocjacje z delegacją rządową. Po raz pierwszy w powojennej historii Polski władza rozmawiała z obywatelami. Nie przemawiała, jak Gomułka w Październiku 56 r. nie biła jak w marcu 68, nie strzelała, jak w grudniu 70 roku, a nawet nie prosiła o poparcie, jak Gierek w tej samej stoczni na początku swoich rządów. Władza została zmuszona do negocjowania z robotnikami i ich inteligenckimi ekspertami, warunków społecznej umowy.
Przewrót kopernikański
Podpisanie Porozumień Sierpniowych, zgoda na utworzenie wolnych, samorządnych i niezależnych związków zawodowych było prawdziwym przewrotem kopernikańskim w rzeczywistości realnego socjalizmu.
W tamtym systemie legitymacją do rządzenia były fasadowe wybory i stacjonujący w Polsce 100 tysięczny kontyngent Armii Czerwonej. Doceńmy wprost niewyobrażalną odwagę stoczniowców i ich liderów. To się nie musiało tak skończyć, a wprowadzony 16 miesięcy później Stan Wojenny pokazał, że rozwiązania siłowe były cały czas w grze.
Powstanie „Solidarności”, do której w krótkim czasie przystąpiło 10 milionów Polek i Polaków, pokazało nie tylko władzy, ale przede wszystkim nam samym, że chcemy innej Polski i że ta inna Polska jest możliwa.
Dla mojego pokolenia, wchodzącego wtedy w dorosłość było doświadczeniem, które na zawsze ukształtowało myślenie o Polsce, o polityce, pokazało nasze aspiracje i marzenia o wolności i demokracji.
Tych 16 miesięcy Solidarności było wielkim festynem wolności, którego trudno byłoby zapomnieć. Solidarności międzyludzkiej, porozumienia między robotnikami, rolnikami, studentami, inteligencją. W dłuższej perspektywie okazało się utopią, trochę pięknym sennym marzeniem.
Marzenia a rzeczywistość
Wolna Polska, wielu z tych strajkujących wtedy robotników, zawiodła, albo nie do końca okazała się spełnieniem ich marzeń. Konflikty, walka grupowych i indywidualnych interesów, realna walka polityczna, trudna transformacja lat 90 tych, to wszystko prawda.
Ale nie byłoby tej wolności, trudnej, czasem gorzkiej, czasem rozczarowującej, bez tamtego Sierpnia i bez ludzi którzy odważyli się zawalczyć o swoje prawa. Do godności i podmiotowości.
I jeszcze to słowo: Solidarność. W czasach powszechnego indywidualizmu, obrony swoich interesów, szanowania własnych granic i przestrzeni, brzmi jak wyciągnięty ze strychu zakurzony mebel. W nadchodzących trudnych czasach może jednak okazać się bardziej aktualne i pomocne niżbyśmy tego spodziewali.
Źródło:
Opracowanie własne