Są oczywiście inne powody, by sięgać po Goethego. Przez 60 lat w najważniejszych przedstawieniach STU pojawiały się wątki faustowskie, także przez 60 lat życia Goethe pisał swojego „Fausta”. Ta zbieżność zobligowała reżysera do stworzenia seansu, przywołującego najważniejsze chwile teatru. Zresztą sam reżyser i założyciel STU nie wypiera się, że Faust to także jego alter ego.
Bohater STU od pierwszych naszych spektakli do Tryptyku Wyspiańskiego włącznie, przechodzi właśnie proces indywiduacji (czyli wspomnianej wyżej "integracji cienia"). Jest to droga do spełnienia siebie, połączenia w sobie siebie świadomego z nieświadomym. Osią tych przedstawień jest wtajemniczenie w los. I wszyscy nasi bohaterowie mniej lub bardziej bezpośrednio nosili w sobie ten lucyferyczny stygmat Fausta. Ale nasz Faust, jest polski, krakowski, bo nasi bohaterowie od Mickiewicza, Słowackiego i Wyspiańskiego wszyscy są prometejscy. Stary Faust (Andrzej Róg) to po prostu stary aktor Teatru STU, który zagrał te wszystkie role i na koniec chciałby zatrzymać pod powiekami chwilę, dla której warto umierać
tłumaczył Krzysztof Jasiński.
Czarny anioł psuje humor
Częścią jubileuszowego wieczoru są więc wspomnienia. Posłuchajmy Fausta: "Ogarnia mnie tęsknota, której dawno nie odczuwałem, tęsknota za milczącą krainą dostojnych duchów. Przybywajcie do mnie znowu chwiejne kształty, których mój udręczony wzrok tak dawno już nie oglądał. (...) Napierajcie na mnie ze wszystkich stron. Dobrze więc, zostańcie, wyłońcie się z mglistych oparów, przyjmijcie postać, żebym was zobaczył. W piersi znów czuję tamto dawne młodzieńcze wzruszenie, jakie budzi we mnie otaczająca wasz rój magiczna aura".
Oglądamy więc nie tylko twarze aktorów, współtworzących spektakle Teatru STU: Jerzego Treli, Jerzego Stuhra, Dariusza Gnatowskiego, Andrzeja Zauchy. Ich słowa, ich pieśni (piękne kompozycje m.in Jana Kantego Pawluśkiewicza, Krzysztofa Szwajgiera, Janusza Grzywacza) wypowiada młody Faust - Marcin Januszkiewicz, miotany prowokacjami Mefistofelesa. Choć nie miałam szansy oglądać najsłynniejszych przedstawień teatru STU, jestem przekonana, że ich aurę przywoływały z wielką klasą trzy siostry (przeobrażające się wielokrotnie w inne postaci dramatów), pod wodzą Beaty Rybotyckiej.
Bardzo ważna rola przypadła obecnemu dyrektorowi Teatru STU, następcy Jasińskiego - Krzysztofowi Pluskocie. Jego Mefistofeles nie jest zapierającą dech siłą, o której wiadomo, że nakłania nas do zła, a prowokuje rzeczy dobre. Jest wtrącającym się we wszystko wujem z rodzinnej imprezy, namolnym typem, który wszystko wie najlepiej, dowcipkuje, ale pod pozorem jowialności kontroluje sytuację i sączy jad, oczywiście w sobie wiadomym celu. Pluskota odziera tego demona z jego romantycznej demoniczności, pokazuje nam banalne zło, trochę kabaretowego dowcipnisia, przyobleczonego w pozorowaną troskę, odpychającą służalczość. Ten pozbawiony patosu czarny anioł naprawdę popsuł mi humor i mimo, że znam zakończenie tej historii, dzięki Pluskocie obawiałam się o finał.
Teatr ocala, przynosi nadzieję
Ale finał jest prosty, bo Faust u Goethego mówi wprost: "Tylko ten ma prawo do życia jak i do wolności, kto dosłownie każdego dnia musi o nie walczyć. (...) Chciałbym widzieć przed sobą rzesze takich właśnie ludzi, z wolnym ludem stać ramię w ramię na wolnej ziemi. Wtedy mógłbym powiedzieć, chwilo jakaś ty piękna, obyś trwała wiecznie".
Tak właśnie myśli o swojej, trwającej nieprzerwanie 60 lat pracy, Krzysztof Jasiński. Wierzy, że teatr ocala, że tworzy wspólnoty, że przynosi nadzieję. Co ciekawe, to teatralne credo wypowiada w sposób wyjątkowo, jak na swoje instrumentarium, surowy i prosty. Oczywiście, od czasu do czasu coś na scenie wybucha, snuje się dym, postaci znikają lub wyłaniają się spod ziemi. To jest Teatr STU, szanowni Państwo, inaczej być nie może. Ale "Faust..." przekonuje nas tym razem przede wszystkim słowem i pieśnią - świadomy i dojrzały.
Kilka miesięcy przed jubileuszową premierą miałam okazję spotkać twórców, artystów, badaczy teatru STU. Rozważaliśmy fenomen długiego trwania tej sceny, jego zakręty, kontrkulturowe korzenie, szachowe skoki. W mojej opinii najbardziej uderzającą i pociągającą cechą Teatru STU jest jego „proteuszowy” charakter – ruchliwa natura, zmienność i zdolność do odnajdywania się w coraz to nowych wcieleniach.
Ta wierność/niewierność, zmienność/niezmienność przejawiała się przede wszystkim w odważnym mieszaniu rejestrów i gatunków, które - jako świadoma teatralna praktyka - stało się polem łączenia nieprzystających światów: od doświadczeń z estetyką cyrku po z pozoru odległe od siebie fundamenty literackie. Teatr STU sięga zarówno po literaturę żywo reagującą na aktualną rzeczywistość (teraz Cnoty niewieście..), jak i po wielki repertuar klasyczny. Autorzy tacy jak Goethe czy Witkacy stają się dla reżysera i widzów naturalnymi partnerami, pozwalającymi „czytać poważne rzeczy” pod pozorami scenicznej zabawy. Ten wątek tylko sygnalizuję, bo o formalno-repertuarowych, nomen omen, akrobacjach Krzysztofa Jasińskiego napisano tomy.
"Bo tam się wszystkiego nauczysz"
Teatr STU nie ma stałego zespołu, a przecież jego siłą są kreacje aktorskie. Wyznacznikiem tej siły jest energia, o której wspomniał kiedyś Grzegorz Mielczarek, przywołując nauki Krzysztofa Globisza, by szedł "do STU, bo tam się wszystkiego nauczysz”. To niezwykle mocne stwierdzenie dotyczące stawania się i bycia aktorem.
Nie ma w nim wielkiej anegdoty, jest tylko drogowskaz, wskazanie miejsca na praktykę. I chyba najpiękniejszym dowodem na ten fenomen jest dla mnie przedstawienie „Hamleta” - spektakl, w którym ciągle zachodzą zmiany, a owa zmienność staje się jednym z jego wielkim tematów. I źródłem kolejnych wielkich, aktorskich kreacji.
Ad multos annos!