"Tak, płacimy wolontariuszom zbierającym podpisy" - mówi Łukasz Gibała, szef klubu Kraków dla Mieszkańców. Łukasz Gibała. To odpowiedź na zarzuty radnych Koalicji Obywatelskiej - Grzegorz Stawowy (przewodniczący klubu radnych KO) przekonywał na antenie Radia Kraków, że ktoś wynajmuje do tego wolontariuszy. Jego zdaniem nie jest to więc oddolna inicjatywa mieszkańców
W wypowiedzi dla Radia Kraków Łukasz Gibała tłumaczy:
Platforma Obywatelska i Aleksander Miszalski uwielbiają spiskowe teorie, więc oczywiście twierdzą, że to nie jest inicjatywa obywatelska i będą tak twierdzić. Ja się cieszę, że niewolnictwo już dawno się skończyło i każdy, kto ciężko pracuje przez osiem godzin, stoi na mrozie i zbiera podpisy, powinien być wynagradzany. Przy zbieraniu podpisów pod wcześniejszymi petycjami też wynagradzaliśmy ankieterów i tak jest w tym przypadku.
"Ktoś inwestuje miliony w ten projekt"
Do zbiórki podpisów pod referendum odwoławczym w Krakowie włączyło się Prawo i Sprawiedliwość. Wniosek o referendum obejmuje nie tylko prezydenta Aleksandra Miszalskiego, ale też Radę Miasta. W Radiu Kraków Mariusz Kękuś (PiS) zadeklarował, że jego ugrupowanie będzie „czynnie w tym uczestniczyć”, choć sam nie jest członkiem komitetu referendalnego i – jak podkreślił – nie ma informacji o logistyce ani finansowaniu akcji.
Wątek pieniędzy i płacenia za zbieranie podpisów wywołał jednak w studiu ostrą dyskusję. Grzegorz Stawowy (Koalicja Obywatelska) zwracał uwagę, że część środowisk wspierających referendum – jak mówił – od miesięcy prowadzi działania związane ze zbiórką i rekrutacją osób do pracy w terenie. Przytoczył przykład ogłoszeń o poszukiwaniu „ankieterów terenowych” z wynagrodzeniem od 32 do 58 zł za godzinę, a także relacje o stawkach rzędu 50 zł za kartkę z podpisami (czyli 10 podpisów).
Stawowy wyliczał, że przy wymaganej liczbie ok. 60 tys. podpisów same koszty płacenia za podpisy mogłyby sięgać nawet kilkuset tysięcy złotych. Mówił też o – jak to ujął – rezerwacjach powierzchni reklamowych związanych z kampanią referendalną oraz wydatkach na dystrybucję gazet, co jego zdaniem może oznaczać, że „ktoś inwestuje miliony w ten projekt”.
Mariusz Kękuś odpowiadał, że nie wie, kto i komu płaci za zbiórkę, ale jednocześnie nie kwestionował, że takie wynagrodzenia mogą funkcjonować. Podkreślał przy tym, że – jego zdaniem – referendum jest efektem niezadowolenia mieszkańców z działań prezydenta, wskazując m.in. na podwyżki miejskich opłat i brak strategii rozwoju miasta.