Miejsce, a którym można tanio, jak w barze mlecznym, ale smacznie, zjeść śniadanie, obiad, kolację, albo po prostu spotkać się przy winie, kawie, herbacie z sąsiadami. Dziesiątki takich miejsc widziałam w całej Europie i zawsze żal mi było, że ten fantastyczny zwyczaj rodzinnych restauracji, gdzie codziennie spotykają się ci sami ludzie, nie dotarł do Polski.
La Rochelle, przepiękny port nad Zatoką Biskajską, który staje się dla nas bazą wypadową po tej części Francji. Hotelowy ogródek, gdzie turyści rzadko trafiają, codziennie widzę te same twarze. Miejscowi rano piją tam kawę z rogalikiem, póżniej godzinami siedzą leniwie nad półmiskiem z owocami morza i karafką wina. Pewnego dnia wędrujemy pieszo na wyspą Re, którą łączy z lądem 3-kilometrowy most. Zmęczeni siadamy w pierwszej restauracyjce, którą napotykamy. Wokół rybacy, patrzą na nas niechętnie - bo to ich knajpka - do momentu, gdy zaczynam głaskać zakurzonego psa i mówić, że mam podobnego. - A skąd jesteście? - ożywiają się natychmiast i podpowiadają jaka ryba dziś najlepsza.
We Włoszech takich knajpek są miliony. Pewnego dnia, gdzieś na południu, trafiamy do sennego miasteczka. W pustej restauracyjce siedzi staruszek - właściciel i kilku jego kolegów, zajadle się o coś kłócą. Bałagan straszny, ale jedzenie fantastyczne. Wyjeżdżamy najedzeni i obdarowani butelką lokalnego wina i lokalnej oliwy. Pytamy o drogę - każdy ze starszych panów ma inną wersję i znów zaczynają się kłócić. Pewnie robią to codziennie i pewnie nie mogą bez tego żyć.
Barcelona - malutki lokalik z najlepszą pod słońcem gorącą czekoladą. Do stolika podchodzi mały chłopczyk, ciągnie mnie za sukienkę i zaczyna coś opowiadać po katalońsku. Rozkładam bezradnie ręce. - Pani nie jest podobna do Hiszpanki, więc wziął panią za Katalonkę - uśmiecha się do mnie ojciec chłopca.
W Austrii, szczególnie na prowincji, pełno jest takich rodzinnych reastauracji. Ale raz trafiamy na taką i w Wiedniu. Mała uliczka, nieco oddalona od centrum i niewielka knajpka. W środku ożywiona dyskusja, wszyscy się znają, ktoś wchodzi, ktoś wychodzi, między jedzącymi, albo tylko rozmawiającymi, krąży pies właściciela. Podchodzi do nas, wącha ostrożnie, w końcu wskakuje na ławę i uklada się do snu z łbem na moich kolanach. Wszyscy się uśmiechają. - Nie każdego akceptuje - wyjaśniają i już mamy nowych znajomych.
Podobnie w Salzburgu, gdzie zatrzymujemy się w drodze do Monachium. Mały rodzinny hotelik w samym centrum. Syn właściciela najpierw wydaje nam klucz w recepcji, później obsługuje nas jako kelner i poźnym wieczorem staje za barem, gdzie schodzimy napić się wina. Słucha naszej rozmowy i pyta, czy to polski, czy czeski. Okazuje się, że jesteśmy pierwszymi Polakami, którzy zatrzymali się w tym hoteliku. Z dumą pokazuje nam wiszące wszędzie, stare zdjęcia - To mój dziadek, a to pradziadkowie i tak wędrujemy przez ponad sto lat rodzinnej historii. Częstuje nas zabójczą, lokalną śliwowicą. Następnego dnia rano podaje nam śniadanie i dziwi się, że nie robimy kanapek na drogę, jak Niemcy, którzy siedzą przy sąsiednim stoliku.
Może kiedyś, w Krakowie, trafię do takiej małej, rodzinnej knajpki za rogiem...