Z okna widziałam Planty, które zmieniały się wraz z porami roku. Zawsze najbardziej niecierpliwie czekałam na pierwszy śnieg. Kiedy zaczynał padać robiło się tak cicho, że słychać było szelest spadających płatków. Dziś nie jestem tego w stanie racjonalnie wytłumaczyć, może po prostu tak mi się wydawało. Nad ranem budziło mnie szuranie łopaty odgarniającej śnieg. I Kraków się zmieniał, cofał się czas i wszystko było możliwe.
Można było usłyszeć parskanie koni i brzęk dzwoneczków. Czasem kareta wiozła Kopciuszka na bal, czasem sunęły sanie wiozące MIkołaja, a czasem na ośnieżonych drzewach przysiadały anioły.
Widziałam to wszystko patrząc z mojego pokoju na Planty zasypane śniegiem. Kiedy był silny mróz obraz znikał, bo zewnętrzna szyba podwójnego okna pokrywała się bajkowym wzorem kwiatów, liści i dziwnych postaci. Rozgrzany na piecu pieniążek przytykałam do szyby i znów mogłam podziwiać zimowy krajobraz i ratować Kaja z rąk złej Królowej Śniegu.
Mijały lata i magia zimy zamieniała się w zimę. Kiedy z przyjaciółmi biegliśmy przez Planty na wykłady i mocno padał śnieg mówili, że sypie, jak w ruskiej bajce. Choć czasownik " sypie" zastępowali zdecydowanie mniej cenzuralnym.
Wielkie śniegi stawały się fantastyczne podczas narciarskich wypadów i nieco uciążliwe w mieście.
Ale czasami, gdy wieczorem patrzę na padający śnieg, na ułamek sekundy wracają te bajkowe sceny z dzieciństwa.
I wracają, aktualne od wieków, pełne nostalgii słowa Villona: " Mais ou sont les neiges d'antan?".