Podobne uczucie miałam, gdy przez kilka lat, codziennie, przyjeżdżałam do radia na poranny dyżur. Budzik dzwonił o 4.30, brałam prysznic, wsiadałam do samochodu, mijałam te same samochody dostawcze, tych samych dozorców sprzątających ulice, wjeżdżałam na - pusty o tej porze - radiowy parking, więc zostawiałam samochód w tym samym miejscu. Dzień świstaka kończył się, gdy włączałam komputer i zaczynałam przygotowywać wiadomości, bo te jednak były codziennie inne.
Teraz dzień świstaka powrócił. Na parking pod moim domem przyjeżdżaja policjanci, wystawiają mandaty ludziom przechodzącym przez ulicę / pasy mają tu być, ale chwilowo nie ma na to pieniędzy/, sąsiad wychodzi do nich przekonując, że według kodeksu można tędy przechodzić, policjanci przekonują sąsiada, że nie można. W tym czasie, kilka metrów dalej, kolejne samochody jadą pod prąd, policjanci nie reagują. Kiedy zakończą sprzeczkę z sąsiadem, odjeżdżają. Jadąc pod prąd. Dzień świstaka.
Na skrzyżowaniu Blachnickiego i Daszyńskiego znów parkuje porsche pana cwanego. Pan omija w ten sposób strefę płatnego parkowania, bo ... nie stoi na miejscu, w którym wolno parkować. Mandatu od kontrolera strefy więc nie dostanie. Dostaje je za to, że parkuje na skrzyżowaniu - jeśli policję, lub straż miejską wezwą wkurzeni mieszkańcy. Podobno mandatów dostał już wiele, podobno miał nawet sprawę w sądzie, ale widać uważa, że skoro ma pieniądze, to wszystko mu wolno. Czarne porsche, po chwilowej przerwie, znów można codziennie zobaczyć w tym samym miejscu. Pan cwany pokazuje gest Kozakiewicza i policji i prawu. Dzień świstaka.