Wiem, że w XXI wieku wprowadzono nowe świadczenia (choćby tzw. becikowe czy kosiniakowe), w tym zwłaszcza sztandarowy program „Rodzina 500 Plus”, a także rozszerzono program wsparcia dla żłobków („Maluch Plus”), wydłużono urlopy macierzyńskie i wdrożono nowe urlopy rodzicielskie. Tyle, że pomimo upływu tak długiego czasu my wciąż niespecjalnie wiemy, jaka przyczyna stoi za tak drastycznym spadkiem urodzeń. Oczywiście bez najmniejszego trudu usłyszymy chóry zwolenników z jednej strony tez ekonomicznych („brakuje mieszkań”, „nie ma stabilnego zatrudnienia” i moja „ulubiona” - „brakuje żłobków”), a z drugiej strony bojowników tez kulturowych, którzy wzajemnie się ostrzeliwują z silnie umocnionych pozycji („drakońskie prawo aborcyjne”, „patriarchat” vs „upadek wartości rodzinnych”, „radykalny feminizm”).
Problem w tym, że powyższe odpowiedzi mają charakter ideologiczny i stanowią bardzo wygodne narzędzie do okładania politycznych przeciwników. No bo jeśli coś szkodzi demografii, to trudno znaleźć poważniejszy dowód „grzeszności” jakiegoś zjawiska czy nurtu, prawda? Na to wszystko nakłada się słabość demografii jako nauki – próbując wyjaśnić bardzo dynamiczne i w gruncie rzeczy nowe zjawisko (OK, dzietność spada od dawna, ale nigdy jeszcze nie następowało to w takim tempie!), porusza się ona w kręgu starych odpowiedzi i metod. Przez lata słyszałem, że potrzebujemy pójść modelem szwedzkim, choć było już widać, że w Szwecji wśród kobiet bez pochodzenia imigracyjnego dzietność leci na łeb na szyję.
Ponad trzy lata temu na łamach portalu „Więź” pozwoliłem sobie napisać tekst, w którym wyznaczyłem 25 powodów, dla których Polki i Polacy mogą nie chcieć dzieci. Jestem absolutnie przekonany, że każdy z nich odgrywa jakąś, mniejszą lub większą, rolę. Prawdopodobnie jest tak, że w przypadku jednych decydujący będzie powiedzmy czynnik nr 1, 4, 13 i 22, a innych – 6, 9, 14 i 21. Bo demografia jest klasycznym złożonym problemem publicznym – złożonym zarówno w sensie skomplikowania materii, jak i obejmowania szeregu różnych obszarów. Tu nie ma ani prostych odpowiedzi, ani prostych rozwiązań.
Ba, mamy nawet spory problem z porządnym zdefiniowaniem, co jest istotą problemu! Prowadząc zajęcia dla menedżerów z trendwatchingu zrobiłem niedawno ćwiczenie, którego celem była identyfikacja, co dokładnie, a przede wszystkim dlaczego jest problemem w tej całej demografii. Uczestnicy zaproponowali kilka równoległych odpowiedzi. Pojawiły się kwestie stabilności systemu emerytalnego, stabilności wzrostu gospodarczego, spójności społecznej, nierówności przestrzennych. Wszystkie powyższe odpowiedzi są słuszne, sam dodałbym jeszcze co najmniej kilka. Niewykluczone, że nie da się stworzyć jednej, kompleksowej identyfikacji problemu, która pokrywałaby wszystkie wymiary.
W tej bezradności można jednak zauważyć, że istnieje jedno zjawisko, które bardzo silnie koreluje (ujemnie) ze spadkiem dzietności. Jest nim kapitalizm. Zostawiając na chwilę kwestie wynikania przyczynowo-skutkowego, możemy wykazać, że kraje z szybszym tempem wzrostu PKB, reprezentujące społeczeństwa charakteryzujące się bardziej kapitalistycznymi wartościami (indywidualizm, konkurencja, etc.), notują znacznie szybkie spadki współczynnika dzietności. Globalnym liderem jest tu Korea Południowa, ale Polska dzierży palmę pierwszeństwa na Starym Kontynencie.
Jeśli zatem chcemy na poważnie zmierzyć się z tematem kryzysu demograficznego, musimy bliżej przyjrzeć się temu, co robi z nami kapitalizm. Jeśli miałbym wybrać największego „grzesznika”, czyli kluczowy czynnik odpowiadający za katastrofę, wskazałbym na zapaść społecznych relacji i związków damsko-męskich. Bez związków nie ma dzieci, można się rozejść. Dlatego zamiast przepisywać stare podręczniki o świadczeniach czy żłobkach, musimy solidnie przebadać modele życia młodych Polek i Polaków. Dowiedzieć się, jak żyją, jak spędzają wolny czas, jak tworzą związki, jakie te związki są, etc. I musimy to robić regularnie, bo dziś młode pokolenie zmienia się nie z pokolenia na pokolenie, już nawet nie z dekady na dekadę, ale co kilka lat. „Moi” 20-letni studenci są już inni niż ich kilka lat starsi koleżanki i koledzy. Bez zrozumienia realnych motywów, jakimi w swoich codziennych decyzjach kierują się młodzi, możemy zbudować jeszcze milion żłobków i z zaskoczeniem odkryć, że to nie działa.
Niezależnie jednak od wyników takich badań, w ciemno poszedłbym w działania ułatwiające młodym ludziom fizyczne spotkanie. Potrzebujemy społecznych przestrzeni, gdzie młodzi mogliby razem spędzać czas. Dziś takich przestrzeni w zasadzie nie ma. Musimy je wymyślić i stworzyć. Tym bardziej, że najmłodsze pokolenie zaczyna czuć, że ucieczka w cyfrowy świat skończy się dla nich katastrofą. Nawet jeśli nie będzie z tego dzieci, jako społeczeństwo i tak na takim działaniu nie stracimy.
Marcin Kędzierski
ur. 1984, mąż i ojciec szóstki dzieci.
Doktor nauk ekonomicznych, adiunkt w Kolegium Gospodarki i Administracji Publicznej Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie, współpracownik tamtejszego Centrum Polityk Publicznych. Były prezes Klubu Jagiellońskiego oraz współzałożyciel Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego. Mieszka i działa społecznie w Balicach pod Krakowem.