Opuszczając lekcje, lub / rzadko / cały dzień szkolny, nie uciekaliśmy przed klasówkami, czy pytaniem. Nie mieliśmy żadnych problemów z nauką. Po prostu nagle chcieliśmy być Gdzie Indziej.
Czasami były to spontaniczne wyprawy - pod szkolną bramą robiliśmy odwrót, zaopatrywaliśmy się w prowiant, jechaliśmy na Salwator, stamtąd szliśmy do Kopca Kościuszki i dalej, lasem na Kopiec Piłsudskiego.
Z Marszałkiem związane było też inne " urywanie się" z lekcji. W dniu jego imienin zanosiliśmy kwiaty na jego grób. Kupowaliśmy je u kwiaciarek na Rynku, które słysząc gdzie niesiemy biało-czerwony bukiet, dawały nam baaaardzo duży rabat. Później siadaliśmy na murze, patrząc z wawelskiego wzgórza na Wisłę i Kraków i wystawiając twarze do pierwszych ciepłych, słonecznych promieni.
Było jeszcze jedno miejsce, absolutnie ciche i spokojne, w którym uwielbiałam spędzać czas, który powinnam była spędzać w szkolnej ławce. To Muzeum Czartoryskich. Godzinami szurałam filcowymi kapciami / takie kiedyś, nakładane na buty, obowiązywały w muzeach/ po salach. Potrafiłam kilkadziesiąt minut oglądać jeden piękny przedmiot, czując na plecach podejrzliwy wzrok " pań pilnujących" , siedzących w kącie na stołeczkach i zazwyczaj dziergających na drutach.
To uwielbienie dla niezwykle intymnego kontaktu ze sztuką, pozostało mi na zawsze. Zdarzało się nam na dwa dni jechać do Wiednia, by - jak mówiliśmy - odwiedzić Bruegela. W Kunsthistorisches Museum siadaliśmy w jego sali i zostawaliśmy tam długi czas, nie widząc tłumów, które wpadały i wypadały. Uśmiechalismy się do pór roku Arcimboldiego, podobnie jak pies u dołu obrazu, unosiliśmy oczy na Ganimedesa Correggia, schylaliśmy głowę przed Madonną Rafaela, szukaliśmy symboli w Trzech filozofach Giorgione.
I dlatego: Drodzy Nauczyciele - miejcie odrobinę zrozumienia dla uczniów, którzy nie mają problemów z nauką, a czasami muszą gdzieś zniknąć. Może stoją przed jakimś obrazem, albo siedzą na ławce na Plantach, pisząc wiersz.