Ja recenzji nie pisałam - opisałam na blogu miły wieczór, który spędziłam w nowej sali, w której jest przestrzeń, powietrze a czy równie komfortowo będzie w niej można słuchać muzyki, pokaże przyszłość.
Oczywiście do sali Filharmonii zawsze będę mieć sentyment i zawsze będę tam lubiła chodzić, choć w cieple dni jest tam jak w saunie, a przy pełnej sali można się udusić. Znam to miejsce doskonale i wiem, że najlepiej słuchać muzyki na balkonie lub w środkowych rzędach parteru. Fatalnie z przodu parteru, niezbyt dobrze pod balkonem lub w lożach.Najgorsza akustyka jest w... loży honorowej.
O akustyce w ICE nie odważyłabym się napisać po wysłuchaniu jednego koncertu, choć widzę, że niektórzy nie mają z tym problemu. Muzyki trzeba posłuchać z różnych miejsc sali. Tam, gdzie siedziałam w poniedziałkowy wieczór - idealnie w środku - słychać było dobrze. Nie wykluczam oczywiście, że znośna akustyka jest jedynie na 10 m kwadratowych W sali Filharmonii, gdy orkiestra gra forte można ogłuchnąć - tu to z pewnością nie grozi, bo dźwięk jest przytłumiony, bez pogłosu, przez co wyraźniej słychać też wszystkie niedoskonałości.
Równie ważne jak odbierają muzykę słuchacze jest także to, jak muzycy słyszą się nawzajem na estradzie. Tego jeszcze nie wiem, ale może źle i to mogło być przyczyną małej katastrofy pod koniec symfonii Berlioza.
Czy słusznie obrzuciliście błotem dyrygenta, czy do bałaganu doprowadziły jego brak precyzji, czy niezbyt dobry kontakt z muzykami? Być może stojąc przed doświadczoną orkiestrą zaryzykowałby licząc, że ci , którzy się pogubili odnajdą się, ale zapewne wystaszył się braku rutyny i tremy studentów, więc wybrał mniejsze zło. Wolał przerwać na sekundę niż ryzykować totalny chaos.
W moim wpisie na blogu skupiłam się na pozytywnej stronie wieczoru, bo taki miałam zamiar. Dlatego pisałam o fantastycznych, pełnych pasji młodych muzykach a nie o dyrygencie, który - delikatnie mówiąc - mnie nie zachwycił. Tak jak nie pisałam o słuchaczach, którzy jeszcze w trakcie braw, depcząc innym po nogach, pędzą do szatni.
I powtarzam raz jeszcze - recenzji nie piszę od 25 lat, czyli od momentu, w którym przestałam zawodowo zajmować się muzyką.
Zaczęłam pracować w radiu jeszcze w czasach PRLu, więc zajmowałam się wyłącznie muzyką, bo ten temat był wolny od cenzury. Prowadziłam transmisje koncertów dla II programu PR, na lokalną i ogólnopolską antenę robiłam muzyczne audycje, pisałam recenzje do krakowskiej prasy i Ruchu Muzycznego, robiłam muzyczne reportaże dla telewizji.
Po 89 roku zaczęło się dziać tyle ciekawych rzeczy, że porzuciłam redakcję muzyczną dla newsroomu i publicystyki. Muzyka pozostawała na marginesie mojej radiowej działalności. Nie miałam czasu na bieżąco śledzić życia muzycznego, bo pracowałam - do niedawna - po kilkanaście godzin dziennie o różnych porach - czasem od 5 rano a czasem przez całą noc, w większość świąt i weekendów.
Teraz wróciłam do pisania, czasami także o muzyce, ale nigdy w formie recenzji. W podobny sposób pisałam wiele razy i nikt mnie nie obrażał, ani nie obrzucał inwektywami. Dlaczego? Dlatego, że podpisywałam się inicjałami - teraz podpisałam się nazwiskiem. Wylała się więc na mnie i na moją rodzinę / najbardziej drastyczne komentarze usunął administrator/ fala hejtu. Witamy w Polsce.