|
|
Kraków 101.6 MHz
Kraków
101.6 MHz
Tarnów
101,0 MHz
Nowy Sącz
90,0 MHz
Zakopane
100,0 MHz
Andrychów
98,8 MHz
Gorlice
97,4 MHz
Krynica-Zdrój
102,1 MHz
Rabka-Zdrój
87,6 MHz
Szczawnica
90,0 MHz
|
Kontakt 4080 (SMS)
DZIEJE SIĘ COŚ W TWOJEJ OKOLICY?
SKONTAKTUJ SIĘ!
12 200 33 33
4080 (SMS)
500 202 323 (SMS i MMS)
redakcja@radiokrakow.pl
|

Yes - "Fragile"

0

A
A
A
Niezapomniana płyta historii rocka: Yes - "Fragile"

Fot. Rick Dikeman/Wikipedia

To właściwie kwestia punktu widzenia, semantyki i otwartości. To, czyli nie uleganie opinii, że zespoły grające rocka progresywnego i symfonicznego w jakiś sposób zdradziły idee, które przyświecały przy jego (rocka) powstawaniu. Bo kwestią uznania jest, czy wolno było do czegoś wyrosłego z tradycji amerykańskiego bluesa, rhythm’n’bluesa i country (stąd inaczej na to patrzą mieszkańcy Ameryki Północnej) dodać elementy wywodzące się ze spuścizny tego, co przez wieki powstawało w Europie. Moim zdaniem, każdy mieszkaniec Starego Kontynentu powinien, jak ja, opowiedzieć się po stronie poglądu, iż rock, wprawdzie zrodził się za Atlantykiem, ale na wyżyny wynieśli go (robiąc z niego naprawdę sztukę) przede wszystkim Europejczycy. Napiszę nawet więcej, myślę, że bez europejskich naleciałości (m.in. muzyki poważnej), pozostałby on tylko melodyczną metodą wyrażania uczuć lub opowiadania o mitrędze pracy albo rytmiczną podstawą wygibasów cielesno-tanecznych.

Ponad trzydzieści lat temu w miesięczniku „Jazz”, w artykule „Yes – aspiracje, początki, sukces, rozwój, muzyka...” Wiesław Weiss przytoczył ciekawą wypowiedź wokalisty rzeczonej formacji - Jona Andersona: Zespoły angielskie nie mają korzeni, gruntu pod nogami, dziedzictwa, które jest bogactwem grup zza Oceanu. U źródeł rock’n’rolla leży bowiem muzyka rdzennie amerykańska – rhytmn’n’blues, country and western, kiedy my znamy go jako uformowaną już hybrydę. Pamiętanie europejskiej klasyki, analiza jej strukturalnej złożoności może zastąpić formacjom brytyjskim ten brak rockowej tradycji. Od razu wyjaśnię, że zacytowałem te słowa, bo jestem przekonany, że są one kluczem do zamka w kneblu, który raz na zawsze powinien uciszyć tych, którzy wznosili (i wznoszą) wspomniane okrzyki o zbezczeszczeniu rocka przez np. Emersona, Lake i Palmera lub członków Yes.

Zalążek przyszłego Yesu powstał na skutek zapłodnienia in vitro, które nastąpiło w lipcu 1968 r. w barze londyńskiego klubu La Chasse, kiedy to ówczesny menażer słynnego Marquee przedstawił sobie dwóch swoich znajomych: byłego wokalistę zespołu The Warriors (i bardzo krótko także The Gun) - Jona Andersona oraz ex-basistę grupy The Syn – Chrisa Squire’a. Po dłuższej rozmowie John i Chris zorientowali się, że mają podobny gust oraz pomysły oraz poczuli, iż chcąc spróbować razem popracować. Niewiele później dołączyli do nich: gitarzysta Peter Banks, organista i pianista – Tony Kaye oraz perkusista – Bill Bruford. Nowy zespół pierwsze próby odbywał w Birmingham, ale bardzo szybko przeniósł się do Londynu, gdzie zaczął występować w różnych klubach (w tym w oczywiście i w Marquee). W pewnym momencie z grupy odszedł Bruford, który rozpoczął studia na uniwersytecie w Leeds, a jego miejsce zajął najpierw niejaki Tony O’Riley, którego potem, tylko na chwilę zastąpił przyszły bębniarz King Crimson – Ian Wallace. Było to „tylko na chwilę”, bo na szczęście dla rocka, rozczarowany studiami (lub studiowaniem) Bill w listopadzie wrócił do Yesu. Warto tu wspomnieć, że tuż po jego powrocie formacja Andersona i Squire’a wystąpiła jako suport podczas ostatniego koncertu The Cream! Następne miesiące i kolejny rok to bardzo liczne oraz coraz ważniejsze występy (m.in. Royal Albert Hall) i przygotowanie debiutanckiego albumu („Yes”). Nie do końca spójne, zwarte i przekonywujące „dzieło” nie odniosło sukcesu. Natomiast rok 1970 to: dalsze koncerty, nagranie z pomocą orkiestry drugiego długograja – „Time And A Word”, zastąpienie Patera Banksa przez o wiele lepszego gitarzystę – Steve’a Howe i wreszcie jesienna rejestracja trzeciego longplaya – „The Yes Album”. Ten, przynoszący już ciekawą i już stylową (Yessowską) muzykę krążek, trafił do w sklepów w styczniu 71. Słusznie też został zauważony. A gdy wydawało się, że wszystko będzie szło jak po maśle, doszło do kolejnego przetasowania składu i na miejscu Tony Kaye’a, w sierpniu, pojawił się mistrz gry na klawiaturach – Rick Wakeman. Tak też się złożyło, że tuż po jego dojściu, muzycy kwintetu weszli do Advision Studios w Londynie i pod uchem jednego z najlepszych inżynierów dźwięku oraz producentów całej historii rockowej progresji – Eddie Offorda, nagrali swoją czwartą dużą płytę - „Fragile”.

„Fragile”, to album, od którego zaczyna się najwspanialszy okres w dziejach Yesu i czas, w którym jego publikacje przestały być dziełami... jedynie do słuchania! A stało się tak, ponieważ od tej pory twórcą okładek albumów zespołu został obdarzony wręcz nieograniczoną wyobraźnią Roger Dean. Warto też podkreślić, że ów malarz stworzył także (podobnie jak dla Budgie i Uriah Heep) niezapomniane logo grupy.

„Fragile”, mimo że zgodnie z tytułem („Kruchy”) jest longplayem mającym iście kryształową strukturę i blask, to jednak chwilami ma całkiem masywne fragmenty. Takim jest brawurowe „Roundabout”, czyli ponad 8-min utwór, który w skróconej wersji stał się pierwszym światowym przebojem Yesu. Muzycy grają w nim jak jakaś bardzo skomplikowana i precyzyjnie działająca maszyna. Każdy dźwięk, każde słowo jest idealnie na swoim miejscu. Po tym długasie, najpierw przez półtorej minuty Wakeman pięknie cytuje wyimki z 4 Symfonii Brahmsa („Cans And Brahms”), a potem, w „We Have Heaven”, unosi nas do nieba iście anielski śpiew Andersona. Następnie przewala się chwilami groźne (nieco crimsonowskie) „South Side Of The Sky”, po którym przez 50 sek. bryluje Bruford („Five Per Cent For Nothing”). Utwór nr 6 to cudownie perfekcyjne i melodyjne (ależ wokal!) – „Long Distance Ronaround”, które przechodzi w basowy popis Squire’a – „The Fish” oraz brawurowo-akustyczne solo Howe’a – „Mood For A Day”. No a całość kończy trzeci na płycie gigant (artystyczny i czasowy) – „Heart Of The Sunrise”. Arcydzieło godne arcydzieła!

Jerzy Skarżyński

 

Liczba komentarzy: 0