Amerykańscy żołnierze w Powidzu, czerwiec 2024 r. Zdjęcie ilustracyjne. Fot. Steven Day / U.S. Army / DVIDS, domena publiczna.
Baza ma odstraszać. O użyciu wojsk decydują zobowiązania
Obecność amerykańskich żołnierzy na stałe miałaby przede wszystkim zniechęcać potencjalnego agresora do ataku na Polskę. W takim scenariuszu Rosja musiałaby brać pod uwagę odpowiedź nie tylko państwa zaatakowanego, lecz także Stanów Zjednoczonych.
Prof. Gruszczak zaznacza jednak, że znaczenia bazy nie można oceniać w oderwaniu od sytuacji międzynarodowej. Liczą się poziom zagrożenia, możliwość jego eskalacji oraz ustalenia między państwem goszczącym a państwem rozmieszczającym wojska.
Samo stacjonowanie żołnierzy nie przesądza, w jaki sposób zostaną wykorzystani w razie konfliktu. Znaczenie mają umowy międzypaństwowe i zobowiązania sojusznicze, przede wszystkim wynikające z członkostwa w NATO. Artykuł 5 zobowiązuje sojuszników do udzielenia pomocy, ale nie określa jednego, automatycznego sposobu działania każdego z nich.
Stała baza zwiększałaby więc możliwości prowadzenia działań sojuszniczych. Nie zastępowałaby jednak ustaleń dotyczących ich podjęcia.
Dlaczego zachodnia Polska?
Lokalizacja na zachodzie kraju odpowiadałaby przede wszystkim amerykańskim interesom bezpieczeństwa – ocenia prof. Gruszczak. Taka baza znajdowałaby się dalej od obszaru potencjalnego bezpośredniego natarcia rosyjskich wojsk lądowych. Nie oznaczałoby to jednak całkowitego wyeliminowania zagrożeń, w tym ataków z powietrza.
W ocenie eksperta baza w zachodniej Polsce byłaby zarówno elementem wojskowej obecności, jak i sygnałem politycznym: potwierdzeniem solidarności oraz gotowości do pomocy.
Ta baza byłaby przede wszystkim manifestacją obecności, solidarności i gotowości przyjścia z pomocą
– mówi prof. Gruszczak.
O jej rzeczywistym znaczeniu nie decydowałaby zatem wyłącznie odległość od wschodniej granicy. Ważne byłoby także to, jakie zadania otrzymają stacjonujące tam jednostki i jak zostaną wykorzystane w ewentualnej operacji NATO.
Od zapowiedzi do gotowej bazy daleka droga
Polityczne deklaracje o zbliżającej się decyzji nie są jeszcze równoznaczne z uzgodnieniem całego przedsięwzięcia. Prof. Gruszczak ocenia, że na etapie opisanym w rozmowie można mówić przede wszystkim o kontaktach między Warszawą a Waszyngtonem oraz wstępnych ustaleniach.
Negocjacje wymagałyby dopracowania wielu szczegółów. Sam ten proces, zdaniem eksperta, mógłby potrwać miesiące. Budowa dużej bazy byłaby natomiast zadaniem na co najmniej kilka lat, a przy bardzo rozbudowanej infrastrukturze – potencjalnie nawet około dekady. To szacunek rozmówcy Radia Kraków, nie ustalony harmonogram inwestycji.
Baza nie składa się przy tym wyłącznie z jednostek bojowych. Potrzebuje również personelu odpowiadającego za infrastrukturę i codzienne funkcjonowanie, w tym pracowników cywilnych. Dlatego liczba osób związanych z obiektem nie musi być tożsama z liczbą żołnierzy gotowych do działań bojowych.
Liczy się nie tylko liczba żołnierzy
Równie ważne jak wielkość kontyngentu jest to, jakie wojska miałyby trafić do Polski. Prof. Gruszczak wiąże pojawiające się w debacie zapowiedzi rozmieszczenia jednostek pancernych lub zmechanizowanych z rozważaniami o zmianie amerykańskiej obecności w Niemczech.
Przestrzega jednak przed planowaniem przyszłej bazy wyłącznie według dotychczasowych wyobrażeń o wojnie. Jeżeli obiekt miałby zacząć funkcjonować dopiero w kolejnej dekadzie, należałoby uwzględnić zmiany zachodzące na polu walki.
Obserwując wydarzenia w Ukrainie, widzimy, jak szybko ten konflikt ewoluuje i jak zmieniają się parametry i wymiary działań wojennych
– zaznacza.
Ekspert wskazuje przede wszystkim na znaczenie dronów oraz trudności w prowadzeniu działań przez siły lądowe. Z tego powodu sceptycznie ocenia przekonanie, że samo rozmieszczenie brygady czy dywizji pancernej będzie odpowiedzią na przyszłe zagrożenia. Jego zdaniem pytanie o potrzebne zdolności powinno poprzedzać polityczną dyskusję o liczbie żołnierzy.
Ostrzeżenia przed eskalacją wymagają uwagi, nie paniki
Drugim wymiarem bezpieczeństwa pozostaje sposób komunikowania zagrożeń. Ostrzeżenia polityków mogą opierać się na informacjach, do których opinia publiczna nie ma dostępu. Jednocześnie nie każdy przedstawiany publicznie scenariusz musi dokładnie odpowiadać ocenom służb.
Nie wiemy, jakie informacje ze służb rozpoznawczych i wywiadowczych dostają decydenci
– przypomina prof. Gruszczak.
Ekspert uznaje ostrzeżenia o możliwości pogorszenia sytuacji za wiarygodne, ale rozdziela je od najbardziej alarmistycznych wizji. Nie utożsamia też ryzyka eskalacji z przesądzonym, głębokim wtargnięciem rosyjskich wojsk lądowych do Polski. W rozmowie ten ostatni scenariusz ocenia jako bardzo mało prawdopodobny.
Zwraca przy tym uwagę, że politycy mają skłonność do tworzenia efektownych narracji. Nie oznacza to, że ich ostrzeżenia należy ignorować. Oznacza natomiast potrzebę oddzielenia informacji o zagrożeniu od politycznej interpretacji tego zagrożenia.
Przygotowanie zamiast działania pod wpływem strachu
Najważniejsza wskazówka prof. Gruszczaka brzmi: nie panikować. Ostrzeżenia powinny skłaniać do spokojnego przygotowania, a nie do gwałtownych reakcji po każdym incydencie.
Ekspert wskazuje na potrzebę wcześniejszego zadbania o podstawowe zapasy i paliwo w samochodzie, zamiast odkładania tego do chwili, gdy pojawią się kolejki i niepewność. Chodzi o przygotowanie zawczasu, nie o zakupy pod wpływem nagłego strachu.
W jego ocenie Rosja może liczyć właśnie na wywołanie paniki, pogłębienie podziałów i zwiększenie politycznej polaryzacji. Dezorientacja dotycząca tego, jak postępować w sytuacji zagrożenia, byłaby dodatkowym skutkiem takich działań.
Dlatego dyskusja o amerykańskiej bazie i reakcja na ostrzeżenia przed eskalacją wymagają podobnego podejścia: rozróżniania deklaracji od ustaleń, możliwych scenariuszy od pewnych zdarzeń oraz przygotowania od paniki.