Michał Sowiński: W „Siódemce” droga między Krakowem a Warszawą stała się metaforą Polski. Dziś mamy S7. Czy przez ten czas kraj zmienił się na lepsze, czy tylko stał się nudniejszy?
Ziemowit Szczerek: Ta droga jest nudniejsza, ale zdecydowanie wygodniejsza. Omijamy wszystkie cuda dawnej siódemki, za to jedziemy przez kraj, który wygląda na znacznie bardziej wyrafinowany niż Polska zachowana w naszej pamięci. Można uznać, że to mylne wrażenie, bo wystarczy zjechać z ekspresówki, żeby zobaczyć coś innego. Ale może wszystkie kraje oglądane z reprezentacyjnych szlaków wyglądają właśnie w ten sposób?
Nowa trasa podważa też stereotyp Polski płaskiej i monotonnej. Jadąc z Krakowa na północ, trafiamy przecież w Góry Świętokrzyskie, region bardzo niedoceniony, który niby istnieje na naszej mentalnej mapie, a jednak trochę go nie dostrzegamy. Zmieniła się nie tylko droga, ale również perspektywa, z której patrzymy na kraj. Polska pod wieloma względami stała się łatwiejsza i wygodniejsza do życia. Nie dla wszystkich, oczywiście. Nie oznacza to też, że wszystko idzie jednoznacznie w dobrą stronę.
A co z dawnymi cudami siódemki: zajazdami udającymi pałace, smokami, fantazyjnymi restauracjami? Zniknęły razem ze starą drogą?
Stara siódemka nie zniknęła. Po prostu znalazła się obok S7. Często zjeżdżam z głównej trasy, żeby zobaczyć, co zostało, i wiele z tych rzeczy nadal tam stoi. Można by urządzić podróż ich śladami.
Ten krajobraz nabrał patyny czegoś, co powoli obumiera. Ludzie jeżdżą przecież Route 66, oglądają dawne restauracje i pozamykane przydrożne lokale. U nas też są takie miejsca, choćby przy trasie między Warszawą a Łodzią, gdzie ze statuy faraona obłazi złota farba. Siódemka była szczególna, bo łączyła dwie stolice: dawną i obecną. W pewnym sensie oglądaliśmy przy niej reprezentacyjny krajobraz kraju.
Opisywałeś ten chaos z ironią, ale też z czułością. Nie szkoda ci go teraz?
Nie mogę chodzić po własnym kraju, wyłącznie się pienić i powtarzać, że wszystko jest fatalne. Próbuję patrzeć na nasz krajobraz kulturowy ze zrozumieniem i wyrozumiałością, bo inaczej trudno w nim żyć. Ciągłe negatywne nastawienie niczego nie zmienia. To nie znaczy, że nie chcę zmian.
Doszedłem nawet do tego, że zacząłem lubić szyldozę, widzieć w niej jakieś niekończące się dzieło sztuki. Było w tym trochę zasady: lubi się, co się ma. Ale ten chaos naprawdę bywa fascynujący. I on nie znika całkowicie, tylko zostaje wygładzony, sprowadzony do mniejszej skali. Miasta zmieniają kształt, nowe budynki lepiej wpisują się w otoczenie, a jednak ten westernowy, chaotyczny, zawadiacki charakter okresu odradzania się Polski wciąż spod tego wyziera.
Pojawiają się też nowe cuda, choćby gigantyczna figura Matki Boskiej, którą niedawno opisywałeś. Czym różnią się od tych dawnych?
Widać zmianę formy i technologii. Wnętrze postumentu tej figury przypomina biurowiec: jest hol, jest winda, właściwie brakuje tylko recepcji. Z góry ogląda się nową Polskę, wielkie monokultury kukurydzy i innych upraw. To krajobraz, który bardziej przypomina mi amerykański Midwest. Rozdrobniony, chaotyczny kapitalizm przechodzi w formę znacznie bardziej uporządkowaną.
Jest w tym nawet pewien przewrotny wdzięk. Postument przypomina pajęcze odnóża, a cała figura wygląda jak istota z powieści science fiction, która zaraz ruszy i zacznie palić pola laserami z oczu. Forma bardzo się zmieniła. Natomiast to, co ma wyrażać, już niekoniecznie. Nadal chodzi o dość prymitywne manifestowanie religijności przez ogrom. Niepokoi mnie właśnie napięcie między zaawansowaniem technologicznym a sposobem myślenia, który za nim nie nadąża.
W „Siódemce” pojawiały się duchy i upiory polskiej historii. Może były ciekawsze niż te nowe monumentalne figury?
One nadal są, tylko dostały alternatywę. Możesz pojechać szybko i wygodnie S7 albo zjechać na starą drogę i je odnaleźć. Stały się mniej aktywne, co akurat mi odpowiada.
Demony są fascynujące wtedy, kiedy nie znajdują się w głównym nurcie. Jak u Lovecrafta: gdzieś drzemią i jeśli ktoś chce, może ich szukać. Pytanie, czy naprawdę chcielibyśmy, żeby znowu hulały, czy wolimy, żeby pozostawały pod bardziej funkcjonalną warstwą cywilizacji. Moim zdaniem tam jest ich miejsce: pod skórą. Mogą fascynować, budzić obawę, skłaniać nas do poprawiania czegoś w sobie. Nie muszą od razu biegać i gryźć.
Zaproponowałeś też alternatywną historię: Polska ze stolicą w Toruniu. Dlaczego właśnie tam?
Toruń reprezentuje tę część dawnej Rzeczypospolitej, o której łatwo zapominamy: mieszczańską, hanzeatycką, związaną handlem z Bałtykiem i Morzem Północnym. Jeżeli uznajemy Kopernika za część naszego dziedzictwa, powinniśmy również uznać za własną tę niemieckawą czy holenderskawą stronę polskiej historii. Niezależnie od języka, którym się tam posługiwano.
Chodzi mi o wyobrażenie kraju, w którym ton nadało mieszczaństwo handlujące z ówczesnym centrum cywilizacyjnym, a nie szlachta. Moglibyśmy być bardziej podobni do Holandii. Tymczasem zwyciężył model magnacki, oligarchiczny, pełen prywatnych interesów i bezprawia. Warszawa jest w tej opowieści symbolem przewagi tego modelu, Toruń — niewykorzystanej możliwości. Mam wrażenie, że dzisiejsza Polska jest znacznie bardziej postfeudalna niż postkomunistyczna.
Czy możemy się z tego dziedzictwa wydostać, czy pozostaje nam tylko budować coraz lepsze drogi?
Wierzę, że możemy przezwyciężyć te słabości i że przemiany nie muszą być wyłącznie powierzchowne. Nadzieję daje mi przykład Ukrainy, która pod presją konieczności potrafiła zakwestionować stereotyp wschodnioeuropejskiej niezdolności do organizacji. Przy ograniczonych środkach rozwija nowatorskie rozwiązania wojskowe i wykonuje świetną pracę organizacyjną.
Polska również wielokrotnie pokazywała, że kiedy potrzebuje, to potrafi. Tyle że zwykle przywołujemy tu wojnę, okupację, sytuacje ostateczne. Ważne jest, żeby zrozumieć potrzebę zmiany wcześniej, zanim zostaniemy do niej zmuszeni.