Według sondażu przygotowanego dla Radia Kraków tylko 36 procent wyborców Prawa i Sprawiedliwości chce na pana głosować, co drugi z nich – na Łukasza Gibałę. Problemy z rozpoznawalnością czy może po prostu pragmatyzm wyborców Prawa i Sprawiedliwości?
- Wręcz odwrotnie. Wczoraj pojawił się nowszy sondaż w Polsacie - Ogólnopolska Grupa Badawcza przeprowadziła badanie na większej grupie mieszkańców Krakowa i tam większość wyborców Prawa i Sprawiedliwości chce na mnie głosować [w rzeczywistości to sondaż dla Radia Kraków był przeprowadzony na większej próbie - przyp. red]. Co więcej, również część wyborców Konfederacji odda na mnie głos. Tak wynika z wczorajszych badań, więc to są najnowsze dane. Pokazują one, że Krakowianie chcą zmiany. Najciekawsze jest to, że mniej niż jedna trzecia, a nawet bliżej jednej czwartej wyborców chce głosować na kandydatki koalicji rządzącej. Reszta chce wybrać opozycję.
Nie chodzi o liczbę turystów, ale skansen w centrum miasta
Badanie dla Radia Kraków pokazuje to samo, o czym pan mówi: że Krakowianie chcą zmiany. Być może wyborcy Prawa i Sprawiedliwości są na tyle pragmatyczni, że wiedzą, kto wygra, i w myśl zasady „byle nie KO” wybierają Łukasza Gibałę?
- Wczorajsze badania Polsatu pokazują, że Prawo i Sprawiedliwość w Krakowie ma mniej więcej 15,5 procent poparcia i ja mam w tym sondażu również około 15,5 procent. Sądzę więc, że ten nowszy wynik jest bardziej reprezentatywny. Ale nie skupiam się na tym. Ten tydzień rozpoczynam dzisiaj właśnie u pana redaktora, za chwilę mam konferencję prasową o rozwoju gospodarczym i moich propozycjach dotyczących dobrze płatnych miejsc pracy dla mieszkańców Krakowa.
200 hektarów? O tym rozmawialiśmy kiedyś.
- Tak, ale nie tylko. Będą też dalsze propozycje. A następne dni to udział w kolejnych debatach, więc przed nami intensywny tydzień.
Przez moment porozmawiajmy o turystyce, bo z tego samego badania dla Radia Kraków wynika, że Krakowianie nie chcą ograniczenia turystyki w Krakowie, a część kandydatów całe zło widzi w tym sektorze. Pan też uważa, że jest tu coś do zmiany. 20 lat temu lotnisko w Balicach odprawiało dwa miliony pasażerów, dzisiaj 13 milionów. Chciałby pan powrotu do tego, co było w 2006 roku?
- Oczywiście, że nie. Tak samo, jak nie chciałbym powrotu do czasów, gdy w Krakowie nie było Tauron Areny, centrum kongresowego czy choćby tramwaju na Mistrzejowice, którego obecne władze miasta niestety nie potrafią oddać w terminie.
Nie chodzi tak naprawdę o liczbę turystów. Jesteśmy dumni z Krakowa, z tego, że oni do nas przyjeżdżają, robią zdjęcia i mogą poznać wspaniałą historię Polski. Za daleko poszło natomiast to, że centrum miasta zamieniono w skansen: puste kamienice, które przyjmują turystów, a na Rynku Głównym dzisiaj częściej słychać język obcy niż polski. I to chcemy zmienić.
Chcemy ucywilizować ten rynek, żeby być może były miejsca, w których to mieszkańcy będą dominować. Jeśli chodzi o najem krótkoterminowy, chcemy, żeby został uregulowany, żeby nie było sytuacji, w których turyści uprzykrzają ludziom życie. I jeszcze jedna rzecz: chcemy, żeby zagraniczni turyści dokładali się w ramach opłaty turystycznej do naszego budżetu, żeby były środki na sprzątanie i remonty. O tym chcemy mówić.
"Chyba coś jest postawione na głowie"
O tym mówią wszyscy kandydaci. W jednym z wywiadów mówi pan: „Pora skończyć z myśleniem, jakoby Kraków dalej był peryferyjnym grodem pod zaborami. Niczym nie jesteśmy gorsi od Warszawy, Wrocławia, Poznania i Gdańska”. Rozumiem, że to wywiad dla prawicowej redakcji, ale z tymi zaborami to trochę, jak kiedyś były radny Prawa i Sprawiedliwości Adam Gralewski, który mówił, że po wyborach w 2015 roku Polska odzyskała niepodległość. To przecież pana kolega.
- Nie, panie redaktorze. Po pierwsze, to były kolega. Teraz wspiera, zdaje się, Koalicję Obywatelską. Przynajmniej ostatnio organizował nawet spotkania u siebie, więc nie wiem, co ten pan robi.
Ale to była tylko metafora, która mówiła o jednym: w Krakowie potrzebujemy myślenia inwestycyjnego, myślenia strategicznego, potrzebujemy wizji rozwoju. A ja mam przekonanie, i wielu mieszkańców również, że w ostatnich latach wyglądało to tak: trochę tam, trochę tam, ale nie wiadomo, w którym kierunku idziemy.
Kiedy przygotowano strefę inwestycji i miały tam powstać zakłady produkcyjne, przemysłowe, firmy z sektora wysokich technologii, to okazało się, że spółka miejska sprzedała grunt pod magazyny i hale. My chcemy rozwoju. Wrocław i gminy pod Wrocławiem pokazały, że potrafią na przykład ściągać duże firmy, a to zapewnia rozwój regionu i daje dobre miejsca pracy.
My w Krakowie też musimy o tym myśleć. Jeśli dzisiaj Niepołomice, panie redaktorze, mają większą strefę inwestycyjną niż Kraków, to chyba coś jest postawione na głowie.
Ale mają długą tradycję, jeśli chodzi o budowę strefy.
- Mają. Dlatego chciałbym zapoczątkować właśnie takie myślenie, żeby Kraków się rozwijał, żebyśmy mieli śmiałą wizję. Jesteśmy naprawdę drugim co do wielkości miastem w Polsce, miastem królów i świętych. Musimy mierzyć wysoko i musimy liczyć na inwestycje, które pchną Kraków w XXI wiek.
Pozostańmy jeszcze przy turystyce. „Nie jesteśmy gorsi od Warszawy, Wrocławia, Poznania i Gdańska”. Nie wiem, kiedy ostatnio szedł pan Długim Targiem w Gdańsku i nie omijał pijanych Skandynawów albo nie był zaczepiany, żeby odwiedzić przybytek ze striptizem.
- Panie redaktorze, nikt nie porównuje tych miast jeden do jednego. Mówiłem tutaj w kontekście stricte rozwojowym: przyciągania nowych inwestycji, dbania o studentów w Krakowie. Kraków jest miastem studentów, a niestety wielu z nich po studiach wyjeżdża do Warszawy czy na przykład do Wrocławia, bo tam zapewniono dobre miejsca pracy.
W Krakowie nie jest źle. Mamy świetne, jedne z najlepszych, powiedziałbym, na świecie centra usług biznesowych. Jesteśmy z tych ludzi, szczególnie z mieszkańców Krakowa, bardzo dumni. Ale widzimy zmieniającą się sytuację gospodarczą na świecie: sztuczną inteligencję, to, że wiele z tych podmiotów przenosi się na przykład do Indii. Chcemy o nich zadbać, żeby nie obudzić się któregoś dnia i nie zobaczyć, że nagle te firmy się wyprowadziły.
Stąd ten mój śmiały projekt rozwoju gospodarczego, ta ambicja. Na to chcę bardzo mocno postawić. Natomiast ja, panie redaktorze, jako Krakus, jako człowiek wychowany tutaj, cały czas uważam, że Kraków jest najlepszym miejscem do życia.
Dieta planetarna? "Ryby są fantastyczne"
Na pana sobotniej konwencji Beata Szydło mówiła: „Kraków nie potrzebuje tęczowych piątków, nie potrzebuje diety planetarnej dla dzieci”. 10 lat temu politycy prawicy straszyli, że Unia Europejska będzie nas zmuszać do jedzenia robaków. Ci sami politycy straszą dzisiaj dietą planetarną. Kiedy ostatnio jadł pan robaki?
- Pan redaktor mnie prowokuje. Wtedy rzeczywiście dopuszczono możliwość dodawania tych robaków do mąki. Ale bądźmy poważni, panie redaktorze.
A teraz dieta planetarna.
- Wychodzę z założenia, że na to, co dziecko je, powinni mieć wpływ rodzice. A nie jakiś urzędnik, który siedzi w zamkniętym gabinecie gdzieś na siódmym piętrze któregoś z ministerstw i ustala, co moje dziecko, pana dzieci czy dzieci naszych słuchaczy mają jeść.
A w ogóle najlepiej byłoby, żeby same szkoły, w ramach stołówek, które niestety likwidowano w ostatnich latacht, zapewniały posiłki, a specjaliści od żywienia ustalali, jak powinny one wyglądać. Bo dzieci są różne. Niektóre lubią mięso, niektóre nie.
Mam dwie córeczki, panie redaktorze. Jedna uwielbia mięso, nawet kiełbasę, a druga nie chce tknąć nawet bardzo delikatnego mięsa. Każde dziecko jest inne. Nie chciałbym więc, żeby jakiś urzędnik gdzieś daleko, 300 kilometrów stąd, ustalał, co moje dzieci mają jeść.
Przecież Zarząd Zieleni Miejskiej ma osobę, która odpowiada za to, jak wygląda dieta w krakowskich placówkach oświatowych. Jeśli zostanie pan prezydentem, koniec z roślinami strączkowymi w krakowskich placówkach oświatowych, koniec z rybami? Zamiast „Szkoły z klasą” będzie, nie wiem, „szkoła w głębokim tłuszczu”?
- Ale ryby są fantastyczne.
Zamiast „Szkoły z klasą” – „szkoła w głębokim tłuszczu”?
- Nie, bynajmniej. Musimy naprawdę zadbać o żywienie, bo z tym rzeczywiście jest problem. Uważam po prostu, że ministerstwo poszło o krok za daleko i tak naprawdę to ono ustala te zasady. Zresztą nie dzieje się tak od teraz. Zasady dotyczące diety były ustalane od zawsze, więc miasto nie ma na to wpływu. Oczywiście musimy zadbać o to, żeby dzieci dobrze się odżywiały, żeby nie żywiły się fast foodami czy chipsami. Co możemy zrobić? Edukować. Edukacja przede wszystkim.
Będziemy oczywiście apelować do ministerstwa, żeby przywróciło rozsądek, jeśli chodzi o te diety. Żeby ta dieta nie była ani planetarna, ani tłuszczowa, tylko po prostu normalna.
A wie pan, jaka część Polaków ma problemy z nadwagą? Jaka jest na przykład spodziewana długość życia w Polsce na tle innych krajów Unii Europejskiej? Na którym jesteśmy miejscu?
- Rzeczywiście jest z tym problem, bo w zależności od statystyk mówi się, że nawet połowa Polaków może być nim dotknięta. Więc ja tego nie bagatelizuję. Wręcz odwrotnie. Moje dzieci w ogóle nie jedzą chipsów i tego typu rzeczy, więc dostrzegam tutaj duży problem.
Ale właśnie dlatego chciałbym, żebyśmy nie mówili o żywieniu w kontekście ideologii. Dzisiaj przyszła ta ekipa i mówi, że to jest dieta planetarna, dobra dla planety. Potem eksperci – bo ja też słuchałem ekspertów – mówią, że to tylko taki chwyt marketingowy. I to jest bardzo szkodliwe.
Nie chciałbym, żebyśmy się na tym skupiali. Chciałbym, żebyśmy skupili się naprawdę na rozwoju. A edukacja jest, panie redaktorze, w Krakowie jednym z ważnych elementów. Tak naprawdę największym działem budżetowym jest właśnie edukacja.
Chciałbym w ramach krakowskich możliwości bardzo aktywnie działać w tej dziedzinie. Mam taki program edukacyjny „Każde dziecko ma talent”. Chodzi mi o to, żeby każde dziecko rozwijało swoje pasje, niezależnie od tego, czy jest dobre z matematyki, biologii, WF-u czy chemii. Żeby ten program rozwijał każde dziecko.
Czyli rozumiem, że nie będzie się pan – tak jak 10 temu politycy prawicy – fotografował z michami pełnymi kiełbas, żeby uwiarygodnić swój patriotyzm? Rozumiem, że Michał Drewnicki jako prezydent Krakowa nie będzie tego robił?
- Mogę powiedzieć tyle, że zawsze warto zachować rozsądek, panie redaktorze. Tak jak nie fotografowałem się z kiełbasami, tak też przypomnę, że kiedyś politycy obecnej koalicji rządzącej fotografowali się z bananami. Ani bananów, ani kiełbas nie będzie na moich zdjęciach.
Zasada: decydują kompetencje
A co można zrobić przez dwa lata w fotelu prezydenta? Zajmie się pan głównie rozliczaniem poprzedników i weryfikacją zatrudnionych przez nich urzędników?
- Nie, nie. Oczywiście jakieś skrajne przypadki kolesiostwa za czasów prezydenta Miszalskiego, trzeba będzie zbadać i zweryfikować.
A prezydenta Majchrowskiego?
- Powiem tak: prezydent Majchrowski miał raczej mniej takich przypadków. Byli gdzieś tam zatrudniani politycy PSL-u, bo nimi się otaczał. Chciałbym wprowadzić zasadę, że decydują kompetencje.
Dwa lata to dużo czasu, żeby zrobić głęboki przegląd finansów miasta i to jest rzecz najważniejsza. Prezydent Juliusz Leo, nasz historyczny prezydent z początków XX wieku, jeden z największych prezydentów Krakowa, który rozpoczął naprawę miasta zaczął właśnie od reformy finansów. Też chciałbym od tego zacząć.
Z drugiej strony przygotuję projekt ograniczenia strefy czystego transportu do Rynku i kilku ulic wokół, a później jej likwidacji. Chcę też postawić na uczciwość w podejściu do finansów, tak żeby wykreślić zadania, które po prostu marnotrawią środki mieszkańców, takie jak na przykład miejska gazeta.
No i trzecia rzecz: rozpocząć przygotowanie strefy inwestycyjnej z prawdziwego zdarzenia, zdiagnozować grunty.
To jest te 110 hektarów wokół Paderewskiego?
- Tak. To jest Małopolski Pakt Przemysłowy. Jestem już po rozmowie z marszałkiem Łukaszem Smółką, żeby zapewnić finansowanie mojego projektu inwestycyjnego. To naprawdę da się zrobić, ale potrzeba ambitnego prezydenta, który będzie chciał to zrobić.
Kandydaci deklarują, że Urząd Miasta nie będzie urzędem zatrudnienia. Zadeklaruje pan, że nikogo nie przyjmie z legitymacją partyjną, z legitymacją Prawa i Sprawiedliwości? Nawet jeśli premier in spe Przemysław Czarnek będzie tego od pana oczekiwał?
- Legitymacja partyjna nie będzie decydowała, ale kompetencje. Naprawdę nie będę pytał, kto z jakiej jest partii. Niech nawet będzie z Koalicji Obywatelskiej, niech będzie z Konfederacji, niech będzie z innych środowisk – byle znał się na temacie.
Dlatego nie będę zwalniał kogoś, kto ma na przykład dzisiaj legitymację Koalicji Obywatelskiej, ale świetnie pracuje. Ale pozbędę się osoby, która nie zna się na temacie i nie umie pracować. Kompetencje, zaangażowanie na rzecz miasta – to będą te czynniki, które zdecydują, czy ktoś będzie zatrudniany czy nie. Naprawdę chcę silnego i dobrego urzędu, sprawnego Krakowa. Mieszkańcy na to zasługują.