Fragment rozmowy:

Anna Kluz-Łoś: Księże kardynale, budują nas ludzie, jakieś wspomnienia. Niektórzy z nich zaznaczają się w naszym życiu w sposób bardzo dosłowny, a o innych przypominamy sobie właściwie dopiero po latach, odtwarzamy ich obecność w naszym życiu. Czy to, co kiedyś ksiądz kardynał powiedział w jakiejś rozmowie, że w księdza kardynała życiu było kilku Franciszków, pozwala zrozumieć księdza kardynała drogę? Kiedy pojawiła się ta intuicja o tych – już zdradziłam – pięciu Franciszkach, bo będziemy o pięciu rozmawiać?

Fakt jest faktem, a intuicja... Chyba wtedy, kiedy bardzo blisko siebie umarli papież Franciszek i mój tata. Ta bliskość czasowa była taka, że właściwie nawet nie mogłem za bardzo odbyć żałoby po tacie, bo po pogrzebie jechałem na lotnisko, żeby włączyć się w trwające już prekonklawe i być oczywiście na pogrzebie Ojca Świętego. Ten moment bardzo wielu ludzi mi też podpowiadało, mówiąc, że straciłem naraz dwóch Franciszków w życiu. W jakimś sensie dwóch ojców. A wtedy łatwo jest pomyśleć, że jeszcze tych Franciszków kilku by się znalazło. [śmiech] To prawda.

Franciszek Ryś. Tato. Ale nim jeszcze o nim powiemy, chciałam zapytać, jaki klucz ksiądz kardynał proponuje do naszej rozmowy. Wiem, że ksiądz kardynał lubi rysować, lubi coś projektować, więc spróbujmy zrobić taki projekt, taką mozaikę. Czy to będzie chronologicznie, czy jakiś inny klucz? Co ksiądz kardynał proponuje? Zaczynamy od taty?

Ja tu się zawsze zdaję na rozmówcę.

To zacznijmy może od taty. Który pozwolił księdzu kardynałowi, jak ksiądz pięknie powiedział w homilii pogrzebowej, zobaczyć prawdę Bożą w słowie i prawdę Bożą w osobie. Jak to rozumieć?

To też są takie rzeczy, których się nie widzi od razu. Myślę, że one przychodzą z czasem, z pewnego dystansu, kiedy pojawia się jakaś potrzeba podsumowania. Natomiast na pogrzebie jest jedno z piękniejszych doświadczeń, kiedy można czytać Słowo i widzieć, jak ono się realizowało w osobie. Ja nigdy nie zmieniam czytań na pogrzeb. Zawsze biorę te, które są z dnia. Wiadomo, że nad takim słowem siedzi się trochę dłużej, bo ma się w sobie pragnienie, żeby to słowo przeczytało życie osoby, którą w jakiejś mierze żegnamy. Choć ja się ciągle nie czuję pożegnany z rodzicami.

Można by więc wskazać jakieś obszary Słowa Bożego, które było widać zrealizowane w życiu mojego taty. Ale pewnie takim pierwszym słowem jest samo słowo „ojciec”. To jest ogromnie ważne słowo. Muszę powiedzieć, że mam najpiękniejsze doświadczenie związane z tym słowem. Widziałem nieraz, kiedy opowiadałem o tym innym ludziom, że to opowiadanie budzi w nich radość, a czasami jednak zazdrość...

Tęsknotę pewnie.

A czasami nawet trudność. To jest jakiś kłopot. Ale my mówimy „Ojcze nasz” i nieraz zwracam uwagę na to, jak istotne jest ojcostwo, żeby komuś nie zepsuć rozumienia Boga już na progu. Więc tak, ja na pewno miałem ojca. Mogę to powiedzieć i to jest niesamowite.

No to następny Franciszek. Czwartego października ma imieniny. Franciszkańska. Bazylika Ojców Franciszkanów. Święty Franciszek, jeden z najbardziej ulubionych księdza kardynała świętych. Czy ten Franciszek pojawił się też jakoś w dzieciństwie? Ten właśnie Asyski? No bo tata miał wtedy imieniny, podejrzewam.

Nie. Tata miał po Franciszku z Paoli, bo tata się urodził w Zwiastowanie i najbliższy do Zwiastowania w kalendarzu liturgicznym Franciszek to jest Franciszek z Paoli, piętnastowieczny pustelnik. On zaczynał w którymś z franciszkańskich zakonów, ale dość szybko odszedł z tej drogi. Właśnie zakończył życie eremickie. Więc nie, nie ten Franciszek.

To nie ten trop. A jaki trop tutaj? Pierwszy?

Są dwa tropy. Pierwszy to był moment, kiedy poszedłem do seminarium i okazało się, że patronem rocznika jest święty Franciszek. Bo to był rok 1982, więc osiemset lat od urodzin świętego Franciszka. Przełożeni wymyślili nam tego patrona. Wypadało się zapoznać. Pamiętam, że pierwsze, co zrobiłem, to kupiłem jego pisma. Było takie wydanie, na tamten czas marzenie. Niewielka książeczka klejona, która się rozlatywała po trzech otwarciach.

Jest jeszcze z księdzem kardynałem?

Jest, ale całkiem się rozleciała. Ta lektura była fascynująca. Jakoś żeśmy się zbliżyli z tym Franciszkiem i myślę, że w jakiejś mierze dotyczyło to wszystkich kolegów z roku. Jednych mniej, drugich bardziej. To oczywiste. Każdy ma jakąś swoją drogę duchową.

A szczytem tego zbliżenia było to, że na piątym roku robiliśmy jasełka. Mój nieżyjący już przyjaciel, ksiądz Piotr Wrona, powiedział: „Napiszemy jasełka o Franciszku”. Wychodząc z tej prawdy, że tak naprawdę od niego wzięła się pierwsza msza pasterska przy żłóbku w Greccio.

Piotr był niesłychanie utalentowanym człowiekiem. Napisał taki scenariusz, że bohaterami jasełek nie tyle byli Matka Boża, święty Józef i Pan Jezus, który się miał urodzić, tylko jacyś Giuseppe i Maria, którzy pracowali na służbie u jego ojca, Piotra Bernardone. Ona spodziewała się dziecka, a mieli jakieś długi wobec taty Franciszka, więc on chciał ich ścigać, wsadzić do więzienia. Franciszek ratował ich w ten sposób, że najcenniejszy Ewangeliarz, jaki miał u siebie w domu, wydał na sprzedaż, żeby oni mogli te długi spłacić.

To była bardzo fajna fabuła. Musiały być elementy walki dobra ze złem, więc oczywiście, kiedy tych dwoje było prześladowanych przez Franciszkowego ojca na rynku w Asyżu, pojawiało się dwóch krzyżowców z Polski, którzy nie wiadomo jak zaplątali się tam w drodze na krucjatę. Walczyli ze sługami ojca Franciszkowego. Był moment walki na miecze. Dobro, zło. Mocne.

To była bardzo piękna historia, która jednak chciała pokazać, że w tym franciszkowym podejściu do tak zwanych jasełek nie chodzi o to, żeby odegrać, co się kiedyś zdarzyło, tylko żeby pokazać to, co się dzieje aktualnie i co się dzieje też w nas. Dość długośmy nad tym rozmawiali. Nie tylko po to, żeby napisać, przedstawić i zamknąć. A ja grałem w tym przedstawieniu Franciszka właśnie.

No właśnie.

 Bardzo mi to gdzieś tam weszło głęboko. Kiedyś z sentymentem znalazłem jeszcze jakieś dwa zdjęcia z tego przedstawienia. To był pierwszy taki etap, czyli te sześć lat w seminarium.

A potem, jak już zrobiłem licencjat z historii Kościoła, okazało się, że franciszkanie, których my tu nazywamy reformatami, czyli bracia mniejsi, poprosili mnie o wykłady u nich w seminarium. Właśnie wtedy powstał ich nowy budynek seminarium z bardzo dobrą biblioteką. Nowa kadra seminaryjna, która chciała może te studia troszeczkę inaczej ustawić niż do tej pory. I gdzieś, z niewiadomych mi powodów, znalazłem się w tej orbicie jako wykładowca.

Kilka lat u nich wykładałem. Chyba także jakoś to trafiało, bo bracia któregoś roku poprosili mnie o rekolekcje dla nich przed święceniami. Kiedy już dostawali święcenia, prosili, żebym ja im te rekolekcje powiedział. Z tego grona mam kilku uczniów, którzy są dzisiaj ważnymi ludźmi u braci mniejszych. Jeden jest prowincjałem.

Jeden z nich wymyślił takie rekolekcje w oparciu o miejsca i teksty franciszkańskie. I te rekolekcje chyba ze trzy razy prowadziłem. Najpierw dla jakiegoś grona młodych ludzi, którzy na punkcie Franciszka też mieli... Potem to były rekolekcje dla grona franciszkanów, a potem dla sióstr franciszkanek. Z tych rekolekcji powstała książka o Franciszku, która spotkała się z bardzo dobrym przyjęciem.

 Kilka z nich.

Mam nadzieję, że będzie trzecie jej wydanie, poprawione. Ludzie jeżdżą po miejscach franciszkańskich z tą książką jako rodzajem przewodnika.

I z mapką, która jest też tam bardzo przydatna.

Tak, tak [śmiech]. Wiadomo, że jak się już wchodzi na ten moment, że czyta się teksty osoby w miejscu, w którym one powstały, to już się tworzy rodzaj takiej głębokiej symbiozy. Mam nadzieję, że ona jest między mną i Franciszkiem, że on się kiedyś do mnie przyzna, jakby był pytany.

Trzeci Franciszek. Prawie wszyscy urodzeni w latach sześćdziesiątych, siedemdziesiątych, a zdający maturę w osiemdziesiątych – tak myślę – w jakiś sposób zetknęli się z Ruchem Światło-Życie. To była ważna przestrzeń wolności stworzona przez księdza Franciszka Blachnickiego. Bez tej formacji, bez tego doświadczenia nie byłoby kleryka Grzegorza?

Pewnie by nie było.

[ciąg dalszy w podcaście na kanale YouTube]