Fot. Bartek Barczyk
Sylwia Paszkowska: Ptaszki śpiewają w Krakowie, że kolejny totalny spektakl przed nami. Jesteśmy na ostatniej, a właściwie przedostatniej prostej przed premierą "Kraków Narodowej Sztuce, czyli triumf miernoty". Nigdy pani nie lubiła krótkich tytułów.
Agata Duda-Gracz: Parę razy zdarzyło mi się użyć krótkiego tytułu, na przykład "4.12 i koniec", ale faktem jest, że cierpię na chroniczne gadulstwo i skłonność do przesady i barokowości, w związku z czym lubię, jak jest dużo, więc jak już tytuł, to niech on ma tych słów trochę. Aczkolwiek nic nie przebije naszego tytułu z Teatru Capitol we Wrocławiu sprzed dobrych piętnastu lat: "Ja, Piotr Rivière, skorom już zaszlachtował siekierą swoją matkę, swojego ojca, siostry swoje, brata swojego i wszystkich sąsiadów swoich". Do dzisiaj, pomimo długości tytułu i tego, że nikt chyba poza mną go nie pamięta, spektakl jest grany. Natomiast bilety kupowane są na "Piotra".
Tutaj pewnie bilety będziemy kupować na "Miernotę". Chociaż ta miernota była już wcześniej obecna w pani twórczości. Krytyka samego zjawiska pojawiła się w Teatrze w Poznaniu, w spektaklu "Ja jestem Hamlet".
Tak. To jest zjawisko bolesne, powszechne. I tutaj opowiadamy o zjawisku miernoty z dwóch punktów widzenia. Z punktu widzenia ludzi, którzy czują się miernotami, a być może niekoniecznie nimi są. Ludzi, którzy są nazywani miernotami, a może niekoniecznie nimi są oraz z punktu widzenia miernot, miernot. Dla mnie "miernota" jest słowem bardzo bolesnym, bardzo osobistym. Pierwszy raz to słowo uderzyło mnie, kiedy usłyszałam je wypowiadane przez mojego tatę po tym, jak zobaczył "Amadeusza" Miloša Formana. Kiedy w jednej z ostatnich scen Salieri woła: "Wszystkie miernoty świata, łączcie się!", mój ojciec powiedział: "Jestem jedną z nich". Nie mogłam wtedy tego zrozumieć. Byłam dzieckiem. I potem, po zrobieniu pierwszej premiery, to poczułam. Już po tym, jak opadł kurz po premierówce i po pierwszym zobaczeniu widowni na moim przedstawieniu. Teraz robię swoje sześćdziesiąte trzecie przedstawienie i wiem, że będę czuła dokładnie to samo, co po każdej premierze. Kiedy wracam do domu z kwiatami, po euforii, radości, uniesieniu, po tej takiej adrenalinie porodowej i siadam już sam na sam ze sobą, mam dokładnie to samo poczucie. Zawsze mierzę się z poczuciem, że do mnie Salieri też wołał. Tyle razy słyszałam moich kolegów z najróżniejszych branż, którzy mówili: "To przedstawienie, które zrobiłem, jest wybitne, nie? To jest świetne". Zawsze myślałam wtedy: kurka wodna, ale zazdroszczę. Raz mieć takie poczucie, że się zrobiło coś wybitnego.
Nie wierzę, że nie miała pani takiego poczucia po "Piotrze Rivière" czy choćby po "Proszę państwa, Wyspiański umiera" .
Nie mogę usłyszeć niczego piękniejszego, ale proszę mi wierzyć, to nie jest moja fałszywa skromność. Opowiadam o tym, skąd u mnie bierze się opowiadanie o miernocie, ponieważ tyle razy się nim czułam, tyle razy usłyszałam, że nim jestem, tyle razy uwierzyłam w to, co słyszałam. Oczywiście mam skrzydła przypięte do ramion dzięki moim cudnym aktorom i dzięki widzom, dlatego robię w szaleństwie i euforii kolejne przedstawienia. Co nie znaczy, że po tym, jak je już zrobię, nie zderzam się z samooceną, która jest bardzo surowa. Dziękuję też Panu Bogu za to, że ją mam, ponieważ ja nigdy nie jestem zadowolona z tego, co zrobiłam. Mogę się tym cieszyć, ale to nie znaczy, że jestem zadowolona albo z siebie dumna. Dlatego też to zjawisko miernoty jest dla mnie takie ważne. I jeszcze druga rzecz. Wiele razy miernotą czułam się w szkole teatralnej. Wiele razy udowadniano mi, że nią jestem. Może dlatego to poczucie miernoty tak się ze mną zrosło. Bycie miernotą i ciągłe zadawanie sobie pytania, czy ja nią na pewno jestem? Czy ja nią jestem, czy nie? I to jest organiczne. To jest jak oddychanie. Albo może jak kac? To jest trafniejsze słowo. Poczucie bycia miernotą jest jak kac. Przychodzi od czasu do czasu. Jest szalenie przykre. Wiem, jak sobie z tym radzić. Nie blokuje mnie to w następnej pracy, w podejmowaniu się następnej pracy. Natomiast mam je i mam je za każdym razem, ale też ciekawe wydaje mi się, że istnieje coś takiego jak miernoty obiektywne, wynoszone na ołtarze i czczone. Wiele takich poznałam. Wiele takich karier z jakąś lubością i fascynacją śledzę. Moje poznańskie przedstawienie pod tytułem "Ja jestem Hamlet" było analizą tego zjawiska w teatrze, gdzie głównym bohaterem, Hamletem, był właśnie reżyser miernota, który jest reżyserem wyłącznie dlatego, że jest synem znanego ojca. I tu jest pytanie, które też bardzo często sobie zadaję. Natomiast tam ten nieumiejętny reżyser wykańcza cały zespół teatralny. Poniża aktorkę grającą Ofelię do tego stopnia, że ona sika na scenie z upokorzenia. Wiem, co to znaczy. Nie z oglądu, ale z doświadczenia. Kiedyś byłam taką Ofelią. I dlatego dosyć często mówię o traumie szkoły teatralnej, bo mówiąc o upokorzeniu i spodleniu człowieka, mówię z własnego doświadczenia. Jestem dzisiaj pełnosprawnym reżyserem. Nie dlatego, że przeszłam, co przeszłam, ale pomimo tego, że to przeszłam w szkole teatralnej. Oczywiście nie od wszystkich. Jest to część moich doświadczeń, o których robię przedstawienia i które wplatam w te przedstawienia. Tak było w przypadku "Hamleta" i tutaj też się to pojawia. Wmówienie młodemu człowiekowi, że jest miernotą z prowincji, jest grzechem, a moje spektakle opowiadają o grzechach... Śmiech jako narzędzie pedagogiczne ma katastrofalne skutki.
Śmiech w sensie obśmiewania?
Tak. Obśmiewanie, wyśmiewanie ma katastrofalne skutki. Potrzebowałam dwóch spektakli, żeby się wygadać na ten temat.
Trwają próby przed spektaklem "Kraków Narodowej Sztuce, czyli triumf miernoty". Spektakl zapowiadany jest jako prequel "Proszę państwa, Wyspiański umiera". Tam Wyspiański nam już umierał.
I jeszcze "Na kolana, panie Wyspiański".
Tak, tak. Ten drugi spektakl grany był na Wawelu. Z pompą chowano w Krakowie Wyspiańskiego, ale za życia nie był tutaj pupilem.
Napisał taki przepiękny wiersz, który podsumowuje to, jak się czuł:
"Niechaj nad grobem moim nikt nie płacze,
oprócz tej jednej mej żony.
Na nic mi wasze łzy sobacze
i żal wasz zmyślony".
Myślę, że trzeba dużo przejść, żeby napisać coś takiego w momencie, kiedy się już odchodzi. Wydaje mi się, że sprawa jest bardziej złożona. Z jednej strony nie miał łatwo, ale kto ma? A z drugiej strony nie doceniał tego, co dostawał. Dlatego że miał oddanych sobie na śmierć i życie przyjaciół, którzy pomimo tego, jaki był, a Wyspiański nie był łatwy, pomimo tego, jaki był i w związku z tym, jaki był, stawali na rzęsach, żeby mu pomóc zarówno finansowo, jak i pod każdym innym względem. To była bardzo skomplikowana sytuacja. Musimy pamiętać, że to nie jest bajka o dobrym, wybielonym Wyspiańskim i jego cudnej żonie oraz złym Krakowie. Ta sytuacja jest złożona. Także dlatego, że cały Kraków robił zrzutki na bardzo drogie wiktuały, które przepisali Wyspiańskiemu lekarze, czyli między innymi na kawior. Ten Kraków do Węgrzec, gdzie Wyspiański spędził ostatni czas swojego życia, wędrował z prezentami, jedzeniem, pomocą. Teosia była oczywiście w bardzo trudnej sytuacji, ale też nie była osobą łatwą. Nazywano ją "babą grzmot". Nie tylko dlatego, że Kraków był podły i dwulicowy, ale również dlatego, że była to bardzo prosta, żeby nie powiedzieć prymitywna dziewczyna, która nie wylewała za kołnierz. Jej ulubionym drinkiem był spirytus ze śmietanką. Proszę sobie wyobrazić, ona go popijała codziennie. I ponieważ miała ogromny żal do Krakowa – nie bez powodu – traktowała gości dosyć obcesowo. Starszą już mocno panią Janinę Stankiewiczową, również niełatwą, w środku nocy wyrzuciła z ich domu w Węgrzcach, mówiąc, że sama się Stasinkiem zajmie i że ma tej pomocy dość. I Janina Stankiewiczowa, z racji oczywistego braku telefonów komórkowych i taksówek, wracała pieszo w środku nocy z Węgrzec do Krakowa. Ta sytuacja była bardzo złożona. Wyspiański, wiemy to z listów, potrafił najbliższym swoim przyjaciołom powiedzieć na temat ich twórczości rzeczy okropne. A z drugiej strony jego też spotykały rzeczy okropne. Mówimy o tym w spektaklu. Proszę sobie wyobrazić, Wyspiański nigdy nie wygrał żadnego konkursu! Zawsze był co najwyżej drugi albo wcale. Nie był w stanie zrobić jednej rzeczy, której by mu nie skorygowano albo nie powiedziano, że to nie tak. Najpełniejszą jego pracą są freski u franciszkanów, ale i tak kazano mu je poprawiać, i to wielokrotnie. Nie mówiąc mu o tym, wymieniono część jednego z witraży, bo taki był nieładny... Chyba największym z przekleństw Wyspiańskiego, poza chorobą i poza tym, że dwie pierwsze jego wielkie miłości, które poprosił o rękę, mu odmówiły – dwie Zosie, Pietraszkiewiczówna i Pareńska – był kardynał Puzyna. Kardynał Puzyna, człowiek już wyjątkowo potworny. I tutaj myślę, że nie ma niuansów. Nie jesteśmy w szarej strefie, jesteśmy po złej stronie mocy. Był bufonem, zdrajcą, pyszałkiem, ale równocześnie jednym z włodarzy Krakowa, księciem Kościoła. I od niego zależała cała masa zleceń dla artystów, między innymi katedra wawelska, ale i kościoły takie jak kościół Świętego Krzyża. Kościół Świętego Krzyża miał być odnowiony i miały tam powstać freski Wyspiańskiego, na podobnej zasadzie jak u franciszkanów. Jak Wyspiański zaczął tam dłubać, odsłonił stary tynk i okazało się, że pod spodem są przepiękne freski z okresu Zygmunta Starego. Możemy je oglądać do dziś. Wyrzucił więc do kosza swoje pomysły, a zajął się konserwacją tego, co znalazł. I w trakcie tejże konserwacji, kiedy wisiał na rusztowaniach pod sufitem, kościół nawiedził kardynał Puzyna. Kiedy wszedł, zażądał w jakichś mało uprzejmych słowach, żeby artysta, czyli, sądząc z kontekstu, "pan małpa", zszedł z góry i opowiedział się, co tutaj robi w tej przestrzeni i na jakim jest etapie pracy. Wyspiański, który też nie pozwalał sobie w kaszę dmuchać, powiedział, że jest zajęty i nigdzie nie zejdzie, nie zdając sobie sprawy, że to jedno zdanie zadecyduje w dużej mierze o jego przyszłości. Kardynał okazał się bardzo obrażalski i można by rzec, przeklął Wyspiańskiego. Obrócił się na pięcie i powiedział, że ten malarz już żadnego zlecenia od niego nie dostanie. Przypominam, że Kościół był jednym z najistotniejszych mecenasów w tamtym okresie. Dlatego między innymi Wyspiański nie miał wstępu do katedry wawelskiej, bo że nie miał wstępu na Wawel, to wiadomo, to były koszary i w zamku przebywało austriackie wojsko. Natomiast miała nastąpić renowacja katedry wawelskiej, miejsca, o którym pisał i które uruchamiało jego wyobraźnię. Miejsca, w którym pracowali jego koledzy, tacy jak na przykład Mehoffer. A jemu nie wolno było, bo go kardynał nie lubił. I co niezwykłe, uświadomił mi to dyrektor Wawelu Andrzej Betlej, mój kolega ze studiów, który powiedział mi: "Wiesz, bo jest taka ciekawostka, na Wawelu jest jedna rzecz, która została po Wyspiańskim i jest jego autorstwa. Jedna jedyna". Zaprowadził mnie tam i stanęliśmy przed tą jedną rzeczą. Mianowicie taką biedną, osraną furtką. Jak się wchodzi na Wawel od strony Kanoniczej, zaczyna się ten mur, który okala katedrę. I zaraz przy bramie, w tym murze, jest metalowa furtka. Są na niej liście dębu i wisi parę tabliczek: że nie wolno tu palić, zakaz parkowania dla rowerów, zakaz wstępu i jeszcze coś. I to jest furtka autorstwa Wyspiańskiego.
Poświęciła pani Wyspiańskiemu w Krakowie już dwa ważne spektakle "Na kolana, panie Wyspiański" i "Proszę państwa, Wyspiański umiera". Miał być tryptyk z finałem w Warszawie, ale ostatecznie wszystko zostaje w Krakowie. "Kraków Narodowej Sztuce, czyli triumf miernoty" to prequel przednich dwóch, który także od strony formalnej nawiązuje do pozostałych. Najpierw, w pierwszej części, pochodzimy po teatrze, zupełnie jak na Wawelu, a potem grzecznie usiądziemy na widowni, żeby zobaczymy drugą część w tradycyjny sposób jak w "Wyspiański umiera". Chociaż i tam wciągała nas pani na scenę. Lubi pani wybijać widzów ze strefy komfortu wciągając ich w interakcję!
To wynika z dwóch rzeczy. Po pierwsze, z zachwytu Kantorem, który mówił, że teatr nie jest miejscem bezpiecznym i do teatru przychodzi się na własne ryzyko. Mam to wytatuowane na mojej reżyserskiej duszy. A drugim źródłem takiego postępowania z widownią jest mój absolutny matecznik i teatr, któremu najwięcej zawdzięczam i na którym się wychowałam. To jest Teatr Witkacego w Zakopanem. Tam zobaczyłam to po raz pierwszy i przesiąkłam tym całkowicie. W związku z tym zawsze obsadzam widza. U mnie widz nigdy nie funkcjonuje tylko jako widz. Jest sędzią, jest zmarłym, jest lekarzem, jest opinią publiczną, jest salonem krakowskim. I dokładnie tak samo będzie tutaj.
To dostanie nam się, skoro mamy być salonem krakowskim!
Oj tak! Przy czym w tym wypadku, poza tym, że łączę te dwie konwencje, czyli wawelską i tę z drugiej części "Proszę państwa, Wyspiański umiera" z Teatru Słowackiego, chciałam dokonać jeszcze jednej rzeczy. To znaczy, będziecie państwo częścią snu. Będziecie postaciami ze snu. W "Proszę państwa, Wyspiański umiera" widownia jest Krakowem, który przychodzi na pożegnanie Stasia Wyspiańskiego. Przychodzi na wieczornicę, bo przecież Stanisław Wyspiański umiera. I ta widownia jest rodzajem duchów jak z "Dziadów", czyli to są Krakowianie, którzy byli za Wyspiańskiego i przyjdą dużo, dużo po nim. Tak jak Grzegorzewski, jak Lupa, jak Augustyniak i te wszystkie jego dzieci artystyczne, które on widzi, umierając, a które będą jego następcami. W tym wypadku będziemy w pierwszej części krążyć po teatrze, po czterech przestrzeniach, które śni Wyspiański i które wpłynęły na powstanie "Wesela". I będziemy przechodzić również po zapleczu, bo jedna z akcji będzie się działa w przestrzeni windy towarowej z tyłu sceny. I tam wejdziecie państwo we wczesną młodość Wyspiańskiego. Będzie salon Stankiewiczów, do którego przychodzi zarówno Jan Matejko, jak i trudny bardzo i nieszczęśliwy ojciec Stasia Wyspiańskiego, Franciszek Wyspiański, ale i Aldona Mehofferowa w walce o swojego syna Józia oraz ojciec Lucjana Rydla, również Lucjan, okulista, który wynalazł zakraplacz. O szczegółach dowiecie się już państwo w czasie przedstawienia. Odwiedzimy również salę lustrzaną, w której będzie szalał Przybyszewski wraz ze swoją żoną Dagny i przedstawicielami krakowskiej bohemy. A z drugiej strony znajdziemy się na chwilę na widowni teatru, gdzie dyrektor Kotarbiński, kreujący w "Weselu" Czepca, oczekuje na trzecią generalną. I oczywiście jeszcze pracownia Matejki, pozbawiona Matejki, za to będąca przestrzenią jego żony Teodory, też niezwykłej postaci. Liczba tych miejsc, które państwo odwiedzicie, i konstrukcja spektaklu wynikają z konstrukcji "Wesela". Każdą z części tryptyku oparłam na określonym dramacie albo dramatach. Tak jak "Proszę państwa, Wyspiański umiera" oparte jest na "Wyzwoleniu" i każda część tego spektaklu odpowiada jednej części "Wyzwolenia". Jak "Na kolana, panie Wyspiański" na Wawelu oparte było na „Powrocie Odysa” i na "Akropolis", tak ten spektakl oparty jest na konstrukcji "Wesela", czyli najpierw krążymy, krążymy tak jak weselnicy krążyli w pierwszej inscenizacji "Wesela" i tak jak krążą w pierwszej części "Wesela". Musieli krążyć po scenie, ponieważ muzyka była na żywo, oni mówili na żywo i jesteśmy w czasach, kiedy nie ma mikroportów. Więc żeby się przebić przez muzykę, musieli mówić głośno z przodu sceny, ale taniec cały czas trwał. Państwo będziecie tancerzami. Widzowie naszego spektaklu, chcąc nie chcąc, będą krążyć po teatrze w kierunku, w którym krążyli weselnicy z inscenizacji "Wesela". Dokładnie tak, jak jest w pierwszej części tego dramatu. Natomiast druga część naszego spektaklu kiedy już weselnicy się popili i w izbach rozsiedli, zaczęły ukazywać im się duchy, upiory przeszłości, zmory. To jest druga część naszego spektaklu, kiedy krążący do tej pory po teatrze Krakowianie usiądą na widowni i przyjdą do nich te same duchy, które przychodzą do Stasia Wyspiańskiego. Przyjdzie przeszłość i przyszłość. Przyjdzie pierwsza wojna światowa i to, co się będzie działo z teatrem, z dyrektorem Pawlikowskim, z prezydentem Leo. Przyjdzie przeszłość, czyli wariant upiora. Co by było, gdyby? Co by było, gdyby Zosia Pietraszkiewiczówna przyjęła oświadczyny Stasia? W związku z tym nie pojechałby do Paryża i nie zaraziłby się syfilisem. Wżeniłby się w bogatą mieszczańską rodzinę, miał żonę na swoim poziomie, cudną, śliczną i akceptowaną przez środowisko. Byłby zdrowy...
Ale może by tak nie pisał bez tych doświadczeń?
Tego nie wiemy, ale byłby szczęśliwy, więc przychodzi do niego ten wariant. Przychodzi do niego jego ojciec i to, co sądził o jego rysowaniu i malowaniu. Przychodzi do niego mama. Może w trochę innej wersji, niż ją sobie wyidealizował. Ta sama mama, która zmarła, kiedy miał siedem lat. Przychodzi i ocenia jego życie. Przychodzi Ninie, paryska modelka, obiekt pożądania. Dziewczyna, której wspomnienie i której portrety przywiózł ze sobą do Krakowa. Przychodzi kurtyna Siemiradzkiego. Przychodzi Chochoł w postaci reżysera Adolfa. Przychodzą marzenia. Chcę, żeby ten spektakl był opowieścią o Krakowie. O Krakowie, który jest równocześnie Polską. O scenie, która jest ojczyzną. Opowieścią o miłości. O tęsknocie. O pożądaniu. O sztuce w obliczu nadchodzącej śmierci. Kiedy pisał "Wesele", wiedział, że jest chory na syfilis. Wiedział, że umrze. Syfilis był wtedy nieuleczalny. Dlatego napisał do swojej cioci, drugiej matki, żeby ją o tym poinformować:
"Jakże ja się uspokoję?
Pełne strachu oczy moje,
pełne grozy serce moje.
Jakże ja się uspokoję?".
Ten brak spokoju, ta groza i ten strach są podstawą naszego przedstawienia. A z drugiej strony euforia tworzenia. A jeszcze z innej strony miłość do ludzi, do ojczyzny, do Krakowa. A z kolejnej strony nienawiść do Krakowa, do sceny, do aktorów. A z drugiej strony uwielbienie. I tak dalej, i tak dalej. Mam nadzieję, że tym przedstawieniem chociaż po części opowiemy o złożoności tego niezwykłego człowieka. A ja będę mogła ze spokojnym sumieniem zamknąć ten temat, zamknąć mój tryptyk poświęcony tej niezwykłej osobie. Ostatnia rzecz. Co to jest? Co trzeba mieć w głowie, w sercu i w duszy, żeby marzyć o tym, żeby być malarzem? Wyspiański marzył, żeby być malarzem, dopóki się nie okazało, że jest uczulony na farby i może tylko rysować.