|
|
Kraków 101.6 MHz
Kraków
101.6 MHz
Tarnów
101,0 MHz
Nowy Sącz
90,0 MHz
Zakopane
100,0 MHz
Andrychów
98,8 MHz
Gorlice
97,4 MHz
Krynica-Zdrój
102,1 MHz
Rabka-Zdrój
87,6 MHz
Szczawnica
90,0 MHz
|
Kontakt 4080 (SMS)
DZIEJE SIĘ COŚ W TWOJEJ OKOLICY?
SKONTAKTUJ SIĘ!
12 200 33 33 (antena)
12 630 60 00 (recepcja)
4080 (SMS)
500 202 323 (SMS i MMS)
redakcja@radiokrakow.pl
|
A
A
A

Twórcy Studenckiego Komitetu Solidarności w Radiu Kraków: po 40 latach powstanie pomnik Stanisława Pyjasa

W tym roku mija czterdzieści lat od śmierci Stanisława Pyjasa, studenta UJ, którego zmasakrowane ciało znaleziono 7 maja 1977 r. w bramie kamienicy przy ul. Szewskiej w Krakowie. Wydarzenie to było bezpośrednią przyczyną utworzenia Studenckiego Komitetu Solidarności (SKS). W specjalnym wydaniu audycji "Oko w oko" Maciej Zdziarski rozmawiał z ówczesnymi działaczami opozycji demokratycznej, którzy byli w gronie założycieli SKS. W poniedziałek 1 maja w Radiu Kraków o historii SKS opowiadali Liliana Batko-Sonik, Bronisław Wildstein oraz Bogusław Sonik.

Posłuchaj rozmowy Macieja Zdziarskiego z Lilianą i Bogusławem Sonikami oraz Bronisławem Wildsteinem w audycji "Oko w oko"

fot. Wikipedia

Zapis rozmowy Macieja Zdziarskiego z Lilianą Sonik, Bronisławem Wildsteinem oraz Bogusławem Sonikiem w audycji „Oko w oko” 1 maja 2017 r.

 

Maciej Zdziarski: Zanim porozmawiamy o Studenckim Komitecie Solidarności i o śmierci Stanisława Pyjasa, chciałbym zapytać – może nieco zaskakująco – czy państwo pamiętają pierwszomajowy pochód w Krakowie w ’77 roku? Dzisiaj mija 40 lat od tego momentu.

Bronisław Wildstein: Ja nie pamiętam, myśmy nie chodzili na pierwszomajowe pochody. One zawsze wyglądały jednakowo i nie interesowały nas. Oczywiście w szkole podstawowej ganiano nas na nie, choć już w szkole średniej udawało mi się uciec.

Liliana Sonik: Ale można było kupić bułkę z szynką raz w roku!

BW: I parówki dostać.

Bogusław Sonik: Tak, z samochodu je sprzedawano, z takiego wysokiego Stara.

A jaką trasą szedł pochód w Krakowie?

BS: Szedł Basztową, gdzie znajdowały się trybuny, od ulicy Lubicz.

Zapytałem o ten pochód, dlatego że kilka dni później zginął wasz przyjaciel, Stanisław Pyjas. W połowie maja założyliście Studencki Komitet Solidarności. Pamiętacie te pierwsze majowe dni, kiedy żył jeszcze Stanisław Pyjas?

BS: Wtedy już od kilku miesięcy współpracowaliśmy z Komitetem Obrony Robotników. Zbieraliśmy podpisy pod petycją o uwolnienie robotników uwięzionych za protest czerwcowy w Ursusie i Radomiu. W wyniku zbierania tych podpisów bezpieka zintensyfikowała działania przeciw nam. Rozsyłano chociażby anonimy do przyjaciół Staszka szkalujące go, w których domagano się rozprawienia się z nim wszelkimi możliwymi metodami. W wyniku tych działań w pierwszych dniach maja została złożona skarga do prokuratury o groźby karalne. A jeszcze wcześniej, 1 maja, odbyło się spotkanie na Gorcu. Po raz pierwszy spotkaliśmy się z przedstawicielami Komitetu Obrony Robotników – było to w górach, w góralskim szałasie. Tam poznaliśmy Antoniego Macierewicza, Andrzeja Celińskiego, Stefana Kawalca, Wojtka Ostrowskiego i rozmawialiśmy, jak moglibyśmy współpracować dalej.

A czy odczuwali państwo nadchodzące zagrożenie?

BW: Zagrożenie dostrzegaliśmy cały czas, bo przecież myśmy zaczęli działać wcześniej. Ja pierwszy raz siedziałem w areszcie już na przełomie kwietnia i maja. Potem nasza wspólna działalność stawała się coraz bardziej poważna. Największe osiągnięcie, jakie pamiętam, to właśnie zbieranie podpisów pod petycją w sprawie uwolnienia robotników zamkniętych po ’76 roku, strasznie bitych! Domagaliśmy ich uwolnienia i równocześnie pociągnięcia do odpowiedzialności tych, którzy odpowiadali za represje przeciwko nim. To, że udało nam się zebrać – do teraz pamiętam – 517 podpisów, to był ogromny sukces. Dziś to może wydawać się zadziwiające, ale wtedy myśmy zakładali, że zebranie 50 podpisów będzie sukcesem. Chodziliśmy po akademikach, po uczelniach, tłumaczyliśmy, o co chodzi. Przełamywaliśmy barierę strachu. I niesamowite było to, że ludzie przełamywali lęk i składali podpisy, bo przecież nie wiadomo było, co z tego wyniknie: czy nie zostaniemy wyrzuceni ze studiów, czy nie trafimy do więzienia. Jednocześnie cały czas byliśmy inwigilowani, zdawaliśmy sobie z tego sprawę.

Anonimy, które myśmy dostali w sprawie Staszka, oskarżające go o to, że był kapusiem, pokazały nam dobitnie, że ubecja bardzo dużo wie o naszych, zdawałoby się, poufnych sprawach. Oczywiście one zostały przejaskrawione w tych anonimach, ale brały się z konkretów. To znaczy, że kapusie byli bardzo blisko nas, dziś zresztą dokładnie wiemy, o kogo chodzi.

Czy w drugiej połowie lat 70. trudno było konspirować przeciwko systemowi komunistycznemu? Z jednej strony Polacy pamiętali masakrę na Wybrzeżu w 70 roku, świeże było wspomnienie Ursusa i Radomia, a z drugiej – nastała mała gierkowska stabilizacja: ludzie cieszyli się, że mogą mieć małego fiata, a Edward Gierek znacząco odróżniał się od Gomułki.

LS: Rzeczywiście było w społeczeństwie poczucie pewnej stabilizacji, wiążące się z tym, że ci, których było na to stać, mogli wyjechać małym fiatem na urlop nawet do Bułgarii.

Można powiedzieć, że spełniał się PRL-owski sen.

LS: Ale to były pozory i my o tym wiedzieliśmy. Pierwszego maja byliśmy już na Gorcu. A poza tym wcześniej dokonano u nas pierwszych rewizji, odbyły się pierwsze przesłuchania. Bezpieka skontaktowała się z naszymi rodzicami, ostrzegano, że grozi nam wyrzucenie ze studiów. Stawało się coraz nieprzyjemnej i dla nas sytuacja była klarowna. Od kilkunastu miesięcy było wiadomo, że można wylecieć ze studiów za drobne sprawy. Tak było zarówno w sprawie Jacka Smykała, jak i drugiego studenta medycyny. Jeden z Lublina, drugi ze Szczecina. Obydwaj w prywatnych listach rok wcześniej napisali coś niepochlebnego o Gierku czy o partii. To wystarczyło, by zostali wyrzuceni ze studiów. A jeszcze wcześniej Związek Studentów Polskich przekształcił się w Socjalistyczny Związek Studentów Polskich. Nie chodzi nawet o ten dodatkowy przymiotnik – „Socjalistyczny”, ale o to, że w ich oficjalnych deklaracjach wspominano o przewodniej roli PZPR i podkreślano, że członkowie Związku są przedstawicielami całego środowiska akademickiego, czyli wszystkich studentów, asystentów, młodych pracowników naukowych. To było już nie do wytrzymania. Tak że od dawna czuliśmy presję i brzydki, cuchnący oddech bezpieki na plecach. Ale wydawało się nam, że nie sposób działać inaczej.

BS: Ja kończyłem prawo i spora część moich kolegów zaczęła zapisywać się do partii. To prawda. Ale jednak przez te wszystkie lata, od ’45 roku, nie udało się komunistom zabić poczucia potrzeby wolności w narodzie. Kolejne wydarzenia pokazywały, że tkwi w społeczeństwie sprzeciw wobec wszechogarniającego kłamstwa. Było to również widoczne w połowie lat 70. Wiele osób sympatyzowało z nami, choć niektórzy, którzy mieli w rękach biuletyn Komitetu Obrony Robotników czy też inne wydawnictwa – na początku ’77 to były biuletyny KOR-owskie – czytali je w rękawiczkach, żeby nie zostawiać śladów.

LS: I to nie jest dowcip!

BW: Wbrew temu, co się mówiło w III RP, wtedy nikt tak naprawdę nie akceptował PRL-u. Dopiero w III RP wytworzyło się tę mistyfikację. Naród znajdował się pod presją, był sterroryzowany strachem wewnętrznym, stałymi represjami. W ’70 roku strzelano przecież do robotników, sporo zabito na Wybrzeżu. Nikt nie wiedział, czy nie dojdzie do tego ponownie. O tym, że można wylądować w więzieniu, byliśmy wręcz przekonani, to było ryzyko wpisane w nasze działania. Z drugiej strony wszyscy wiedzieli, że ten system jest do luftu. Również partyjniacy, nawet ci wysoko postawieni, usprawiedliwiali się – wiadomo, jak nie oni, to będzie ktoś gorszy. Tak że nikt tego systemu nie akceptował i nasza działalność spotykała się z sympatią, ale i obawami, czy to nie jakaś prowokacja. To doskonale pokazuje świadomość ludzi z tamtego czasu: jeżeli ktoś działał przeciwko państwu i nie siedział, to znaczyło, że musi być prowokatorem.

40. rocznica to okazja, żeby jeszcze raz przypomnieć dramatyzm zdarzeń z 7 maja 1977 r. To pytanie do Bronisława Wildsteina: jak pan dowiedział się o śmierci Stanisława Pyjasa?

BW: Byłem wtedy w domu ze swoją narzeczoną, obecnie żoną Iwoną Galińską-Wildstein, i około południa ktoś nagle zaczął dobijać się do drzwi, tak intensywnie, że byłem pewny, że to bezpieka. Otworzyłem, a tam stali moi koledzy. Dobrze pamiętam, że był to Mirek Kwiek, Boguś Bek i jeszcze paru. Mirek powiedział: „Bezpieka zabiła Staszka”. Ja mówię: „Coś ty, zwariował? Co ty wygadujesz?”. On mówi: „Tak, jesteśmy już po przesłuchaniu”. Bo byli w Żaczku. Poszedłem razem z Iwoną do Żaczka dowiedzieć się, co się dzieje, ale potem uznałem, że lepiej pójść do zakładu medycyny sądowej. Przegnali nas oczywiście. Domyśliłem się, że zwłoki muszą być w prosektorium, więc poszliśmy tam z Iwoną i z naszym przyjacielem, nieżyjącym już Jackiem Nowaczkiem. Dałem tam w łapę facetowi. On nie wiedział, że to coś politycznego. Powiedziałem mu, że jestem bratem Stanisława Pyjasa, i spytałem, czy on tu leży. Wysunął metalową szufladę, leżały w niej zwłoki Staszka. Twarz zmasakrowana, ciężko pobity, po prostu zatłuczony człowiek. Później odbył się pogrzeb Staszka w Gilowicach, ostentacyjnie obstawiany przez bezpiekę. A potem były juwenalia, podczas których nawoływaliśmy do bojkotu, i powołaliśmy Studencki Komitet Solidarności.

Jak w tych dniach zachowywał się Lesław Maleszka – człowiek z samego środka waszego środowiska, wasz przyjaciel?

BS: My akurat razem Lilką Batko, dziś Sonik, dowiedzieliśmy się o śmierci Staszka, kiedy właśnie Maleszka przyszedł do nas na Grodzką i nam o tym powiedział. Mój pierwszy odruch był taki, aby zadzwonić do Warszawy, do Jacka Kuronia. Jeszcze wtedy go nie znałem, ale po spotkaniu na Gorcu dostałem numer telefonu od jego przyjaciół. Poszedłem z Maleszką do hotelu – wtedy Złota Kotwica, dziś Pollera – żeby zadzwonić i opowiedzieć o tym, co się wydarzyło. Przekazałem informację do Warszawy. Dzisiaj, po latach, widzę w dokumentacji bezpieki, że Maleszka zaglądał mi przez ramię i podawał pierwsze numery, które wykręcałem na tarczy telefonicznej. Tak że ta jego podwójna rola również wtedy się objawiła.

BW: To nie była podwójna rola, to była absolutnie jednoznaczna rola.

BS: Tak, tylko grana jako podwójna.

BW: W każdym razie w trakcie juwenaliów bez przerwy wychodził, tłumacząc, że bardzo się denerwuje o jego dziewczynę i musi telefonować do niej, żeby ją uspokajać. W istocie składał regularne meldunki telefoniczne z budki telefonicznej. Część tych meldunków się zachowała.

LS: Ja, tak jak Boguś wspomniał, dowiedziałam się o śmierci Staszka od Maleszki, który przyszedł do mnie na Grodzką, Boguś był wtedy ze mną. Jakoś nie czułam mięty do tego Maleszki. Pomyślałam sobie: „Hola, hola, skąd on takie rzeczy może wiedzieć?! W ogóle o co chodzi?!”. Pierwsze, co zrobiłam, to razem z Gosią Gątkiewicz pobiegłyśmy na Szewską, żeby zobaczyć to miejsce. Oczywiście nie było już ciała, bo to było wczesne popołudnie, ale ślady były świeże, krew jeszcze czerwona. On nie mógł spaść ze schodów, nie dało się po prostu w to miejsce spaść ze schodów.

Rozumiem, że dla was wszystkich było to wtedy zupełnie oczywiste?

LS: Dla mnie było oczywiste jedno: że Staszek nie mógł spaść ze schodów i że wydarzyło się coś absolutnie strasznego. Ale nie byłam jeszcze przekonana, że stała za tym bezpieka. Natomiast tego samego dnia lub nazajutrz, już nie pamiętam, razem z kilkoma dziewczyna poszłyśmy umieścić nekrolog w trzech gazetach krakowskich, które wtedy były wydawane. Nekrolog był dość banalnej treści, zupełnie bez żadnych kontekstów, samo „zginął śmiercią tragiczną”. I w każdej z trzech redakcji urzędniczki, które tam pracowały, stwierdziły, że nie mogą przyjąć takiego nekrologu. Wszystkie zrozumiałyśmy, że wersja z bezpieką jest bardzo prawdopodobna. Nie mogłam wtedy wiedzieć, że ciało Staszka znaleziono o siódmej rano, a chwilę później przyszła iskrówka z Warszawy, w której dyrektor biura śledczego MSW, Tadeusz Kwiatkowski, przekazywał szefowi krakowskiej SB, Stefanowi Gołębiewskiemu, pisemne wytyczne do śledztwa. Miała się nim zająć SB, dokładnie brzmiało to tak, cytuję dokument: „Zapewnienie sobie faktycznej odpowiedzialności za sprawę przez SB”. Nie zasypiano więc gruszek w popiele, biorąc pod uwagę, jakie to były czasy. Od samego początku nad wszystkim czuwała bezpieka.

BS: Bunt, który w się w nas rodził, potęgowały właśnie takie wydarzenia: najpierw odmowa publikacji nekrologów, potem totalna inwigilacja na pogrzebie.

Krok po kroku było widać, że wokół tej śmierci dzieje się coś niezwykłego.

BS: A równocześnie milicja odmawiała zarejestrowania faktu, że byliśmy inwigilowani. Nie chcieli tego rejestrować przy przesłuchaniach działaczy SKS-u.

Co dzieje się w nocy z 14 na 15 maja, kiedy w mieszkaniu przy Grodzkiej powstaje Studencki Komitet Solidarności? Po drodze dochodzi jeszcze bojkot juwenaliów.

BW: Juwenalia to okres relatywnej swobody. Studenci wylegli na ulicę, zwłaszcza Kraków był zorganizowany koncentrycznie wokół Rynku. Strasznie trudno pacyfikować tego typu manifestacje. Zresztą to wszystko działo się niesłychanie spontanicznie. Służby same nie wiedziały, jak reagować. Sytuacja była dziwna, bo tak: ludzie są na ulicach, ale mogą, bo są juwenalia. Poza tym co z nimi można robić? Nie sposób spacyfikować, bo samych studentów było ponad 40 tysięcy. A my chodziliśmy, mówiliśmy, co się dzieje, improwizowaliśmy ołtarze, miejsca pamięci – nie tylko na Szewskiej, tam był na stałe. Rozlepialiśmy plakaty, rozdawaliśmy ulotki i mówiliśmy, co się zdarzyło. Narosło to do tego stopnia, że niebawem o wszystkim wiedział już cały Kraków.

LS: Informacja o śmierci tak młodego człowieka w tak dziwnych okolicznościach rozchodzi się niezwykle prędko. Polacy są wyczuleni na te sprawy, a wtedy byli jeszcze bardziej. To było siedem lat po masakrze na Wybrzeżu. Jest coś takiego w ludziach, że są potwornie podejrzliwi, i bardzo emocjonalnie reagują. Wtedy nie wiedzieliśmy, że aż tak. Na Szewskiej zaczęły się gromadzić grupy ludzi, w bramie na Szewskiej, jeszcze przed tym naszym wielkim pochodem. Jakieś babcie, jacyś dziadkowie, którzy przeszli przez łagry, starzy ludzie. Wieszali tam ulotki, coś, co sami napisali. Przed godziną 14 czy 15 spotkamy się kilkakrotnie albo u mnie, albo u Ruszara. Nasze mamy szyją czarne opaski, bo stwierdziliśmy, że chcemy zaznaczyć żałobę. A potem to się piętrzy samo z siebie. Przyjeżdża paru KOR-owców, Antek Macierewicz zostaje natychmiast aresztowany. Ale Mirkowi Chojeckiemu i Pawłowi Bąkowskiemu udaje się uniknąć aresztowania. Przywożą kilkaset ulotek z oświadczeniem KOR-u w sprawie śmierci Staszka. Szyjemy czarne flagi, wszyscy są gotowi do mszy i przejścia na ulicę Szewską.

BS: Decydujące było wsparcie dominikanów oraz ich zgoda na to, aby o 9:00 rano msza akademicka została poświęcona właśnie śmierci Staszka Pyjasa. Wymownym przejawem gęstniejącej atmosfery było odcięcie łączności telefonicznej z Krakowem. Jeszcze w sobotę poszedłem na pocztę, żeby przekazać informację o sytuacji w Krakowie, i się okazało, że nie ma łączności. Jedyne połączenie, jakie udało się zrealizować, to do Lublina, do jednego z działaczy opozycyjnych. Potem zapadła cisza telefoniczna nad Krakowem.

Porozmawiajmy teraz o Lesławie Maleszce. Czy to była trudna decyzja – to pytanie znowu do Bronisława Wildsteina – aby publicznie w sposób jednoznaczny pokazać rolę kogoś, kogo przez wiele lat nazywał pan swoim bliskim przyjacielem?

BW: Nie będę wchodził w detale, ale zaczęło się od tego, że wywnioskowaliśmy to z pracy magisterskiej autorstwa jednego z bezpieczniaków, poświęconej Akademii Spraw Wewnętrznych w czasach PRL-u. Wynikało z niej bezsprzecznie, że Maleszka jest agentem, bo nie mieścił się w tak zwanej siatce krycia, czyli inwigilacji. Nie było go w charakterystyce ważnych działaczy i tak dalej. Wtedy zadzwoniłem do Maleszki i powiedziałem: „Wiem, kto to jest Ketman” – bo tam pojawiły się kilkukrotnie te pseudonimy: „Ketman”, „Return” i parę innych. Spytałem go: „Chcesz o tym rozmawiać?”. Odpowiedział: „Tak, tak. Wpadnę do ciebie”. Ja na to: „Nie wpadniesz. Umówimy się w knajpie”.

Spotkaliśmy się w kawiarni Na Rozdrożu. Zanim przyszedł, jeszcze się zastanawiałem, czy to może być taki nieprawdopodobny zbieg okoliczności, ale gdy go zobaczyłem, byłem pewny, że to on. Powiedziałem: „Słuchaj, ja z tobą nie rozmawiam. Ja ci zadaję pytania, a jeżeli nie odpowiadasz odchodzę”. Powiedział: „No dobrze, pytaj”. I wszystko się potwierdziło. Ale dopiero po czasie zobaczyłem, jak inteligentnie on to rozgrywał. Przyznał się, ale przedstawił wersję optymalną dla siebie, całkowicie zmistyfikowaną. Zresztą później opublikował ją w „Gazecie Wyborczej”.

W każdym razie byłem w szoku, jak się przyznał. Powiedziałem o wszystkim przyjaciołom i czekaliśmy, co on zrobi. Trwało to parę tygodni. A potem była 25. rocznica KOR-u, 2001 rok. Myśmy byli zaproszeni, przyszliśmy tam i nagle ktoś mówi, że jest też Maleszka, że świętuje ze wszystkimi radośnie. Jak mnie zobaczył, to uciekł. Ale wtedy zdecydowaliśmy się, że trzeba coś z tym zrobić. Wydrukowaliśmy nasze oświadczenie, choć czytane dzisiaj wydaje się nieprawdopodobnie wyrozumiałe i łagodne. Wtedy jeszcze nie znaliśmy wszystkich szczegółów. Łudziliśmy się, że może dał się złamać, że robił złe rzeczy, ale że były takie ambiwalentne. Okazało się, że niestety nie.

Wtedy to oświadczenie wzbudziło protesty w pewnej części postsolidarnościowych elit. Pamiętam, że senator Kozłowski, nieżyjący już dzisiaj, zarzucał wam, że to donos. Czym w szerszym sensie była ta decyzja, żeby wystąpić i powiedzieć: „Wśród nas był człowiek, który donosił Służbie Bezpieczeństwa i był zdrajcą”?

BS: Myśmy uważali od samego początku, od upadku komunizmu, że takie rzeczy powinny być ujawniane.

My, czyli Bogusław Sonik, Liliana Sonik, Bronisław Wildstein?

BS: Myślę, że całe nasze środowisko Studenckiego Komitetu Solidarności. Zresztą domagaliśmy się wielokrotnie, aby przyspieszyć sprawę i rozpocząć dokładne badanie okoliczności śmierci Pyjasa. Rozbijaliśmy się o niechęć do ujawniania agentów. Pisaliśmy listy, domagaliśmy się, aby te rzeczy wyjaśnić i ujawnić agentów. Rozmawiałem zresztą z Konstantym Miodowiczem, po tym jak objął funkcję szefa Urzędu Ochrony Państwa, i zapytałem go: „Kostek, powiedz, kto donosił w tym towarzystwie, bo to ważne, żeby mieć okoliczności w sprawie śmierci Staszka Pyjasa”. Ale on mi odpowiedział: „Nie mogę ci powiedzieć, ale jak dotrzesz do takiej pracy, która powstała w Legionowie w szkole MSW-u, to się wszystkiego dowiesz”.

Czyli już wtedy wiedział to, do czego później dotarł Bronisław Wildstein.

BS: Ja dotarłem do tej pracy dopiero w latach 1999–2000. Przeczytałem ją i rzeczywiście stało się jasne, kto jest tym agentem. Wysłał ją Bronkowi i zapytałem: „Powiedz mi, czy ty tak samo będziesz uważał jak ja?”, nie mówiąc mu o tym, co wynika z tej pracy.

Trzeba też powiedzieć, dla szerszego kontekstu tej sprawy, że państwo nie tylko zdemaskowaliście Lesława Maleszkę – swojego kolegę, ale w zasadzie uderzyliście w środowisko „Gazety Wyborczej”, bo Maleszka był w niej wielce wpływowym publicystą i redaktorem.

BW: To był rykoszet.

LS: Tak, naszym celem nie było uderzanie w środowisko „Gazety Wyborczej”.

Ale tak się stało.

LS: Rzeczywiście, tak się stało. Oczywiście nie byliśmy wtedy dziećmi, wiedzieliśmy, jakie będą skutki. Nie była to łatwa decyzja, ale też była absolutnie oczywista. Czy pan sobie wyobraża, że siedzimy wszyscy razem – SKS-owcy, KOR-owcy czy ROPCiO-wcy lub inni opozycjoniści z czasów PRL-u – i opowiadamy wszystkim, że było fajnie? No nie, to było brzydkie wszystko. Potem ktoś przychodzi i mówi: „O co wam chodzi? Przecież wszyscy mieli pracę. Ludzie z głodu nie umierali”.

Ale jakaś część opozycji demokratycznej wybrała taką drogę.

LS: Tak, ale to nie jest moja droga i ja się z tym nie zgadzam.

Andrzej Celiński, wasz kolega, jest bardzo bliski takiej postawy.

LS: Tak, ale ja się z nim absolutnie nie zgadzam, uważam, że to jest zakłamywanie prawdy. Każdy człowiek, nasze dzieci, wnuki chcieliby wiedzieć, jak wyglądał PRL. To był system, który potwornie niszczył ludzi, upadlał, wykorzystywał najgorszych, wyznaczał im najbardziej obrzydliwe role. I wykorzystywał nie tylko głupich i brzydkich, ale też pięknych, mądrych, inteligentnych, utalentowanych. Dlatego to był system, który nadawał się wyłącznie do likwidacji.

BW: Wracając do wątku Maleszki: to nie jest oczywiście miłe, delikatnie mówiąc, zorientować się, że ktoś, kto był bardzo bliski, okazuje się kimś zupełnie innym. Po czymś takim trudno z samym sobą dojść do porządku. Trzeba zrewidować swoją przeszłość i wspomnienia. Ludzie tego odmawiają. W Krakowie, w Piwnicy pod Baranami, okazało się, że działał agent, którym był Michał Ronikier. Wszyscy go wcześniej lubili. Co się więc stało? Ci, którzy powiedzieli, że trzeba to nagłośnić, zostali wykluczeni.

Tak jak np. Leszek Długosz, który miał właśnie odmienne zdanie niż reszta środowisk Piwnicy.

BW: Tak. Współautorką książki, w której został ujawniona rolę Ronikiera, była zresztą dziennikarka Radia Kraków, Jolanta Drużyńska. To, co odkryła, było dla wielu bardzo niewygodne. I teraz pytanie: na co się decydujemy? Na zakłamany komfort czy wybieramy prawdę?

Co powinno być najważniejszym przesłaniem nadchodzących uroczystości z okazji 40. rocznicy śmierci Pyjasa i powołania Studenckiego Komitet?

LS: Dla mnie dosyć istotne jest to, że wtedy, dawno temu, użyliśmy jako pierwsi słowa „solidarność”. To było zresztą słowo często używane przez kardynała Wojtyłę w jego pismach społecznych, jeszcze z czasów lubelskich. To było słowo, które dzisiaj wydaje się oczywiste. Słychać je na całym świecie w różnych dyskursach społecznych czy politycznych. Natomiast wtedy było kompletnie nowe. Pamiętam, jak ludzie mnie pytali: „Ale w ogóle o co chodzi? Komitet Solidarności z kim? Czy z Pyjasem, czy z KOR-em, czy z kim jesteście solidarni?”.

Czyli był to jeszcze pospolity rzeczownik, a nie pisany wielką literą.

LS: Dokładnie tak.

Ale trzy lata później powstaje wielki ruch społeczny, który ma to słowo w nazwie.

LS: Tak, choć sama solidarność jako wartość jest w dalszym ciągu dla mnie bardzo istotna. Solidarność to też odpowiedzialność. To solidarność z innymi ludźmi i ze światem, który nas otacza i za który jesteśmy odpowiedzialni.

BW: Oprócz tego warto dodać, że myśmy byli jednym z pierwszych ośrodków opozycji. Drugim po KOR-ze, ale pierwszym, który jawnie wystąpił. Opozycja w latach 70. była jeszcze słaba, ale miała ogromne znaczenie. Ona przełamywała barierę strachu i nieprzypadkowo jej zwieńczeniem stał się wspaniały ruch Solidarności. Myśmy się do tego przyczynili.

BS: Myślę, że to nasze doświadczenie pokazuje, że najważniejsza jest wolność i że są sytuacje graniczne, których nikt, żadna władza nie może przekraczać. Kiedy naruszane są podstawowe prawa i swobody obywatelskie, rodzi się bunt i wtedy – już bez względu na cenę, jaką przyjdzie zapłacić – trzeba się podnieść, wziąć za ręce i razem zaprotestować. I to był właśnie taki czas.

Jak wygląda program tych jubileuszowych uroczystości?

BS: Rada miasta nadaje medal pamiątkowy Cracoviae Merenti Studenckiemu Komitetowi Solidarności. Będzie też sesja naukowa na Uniwersytecie Jagiellońskim.

I będzie skwer SKS-u.

BS: Tak, skwer Studenckiego Komitetu Solidarności, a także oficjalna wizyta prezydenta Rzeczypospolitej Andrzeja Dudy w Krakowie, który odznaczy działaczy Studenckiego Komitetu Solidarności.

BW: Prezydent przybędzie 13 maja do Collegium Novum.

Na pewno będziemy relacjonować to wydarzenie na antenie Radia Kraków.

BW: Powstanie też pomnik Stanisława Pyjasa. W tej chwili dopiero pracujemy nad tym, żeby stworzyć regulamin konkursu, ale już niedługo to ruszy i pomnik stanie na skwerze naprzeciw Żaczka.

LS: Wszystko też wskazuje na to, że jedna z krakowskich szkół przyjmie imię Studenckiego Komitetu Solidarności. Ja się szalenie cieszę, dlatego że jest to zespół szkół zawodowych z technikum. Młodzi ludzie, którzy chcą – albo muszą – szybko pójść do zawodu, uczą się gastronomii oraz dość specyficznej budowlanki: prac w obiektach zabytkowych. Sprawia mi niebywałą osobistą przyjemność, że tak fajna szkoła – której zresztą będziemy się starali się pomóc, jak tylko się da, bo przez ostatnie lata technika i szkoły zawodowe zostały po prostu zrujnowane – przyjmie imię SKS-u.

BS: Będzie ponadto spotkanie przyjaciół 40 lat później. Myślę, że to będzie ważny moment, kiedy będziemy mogli znowu się zobaczyć.

Bardzo dziękuję. Liliana Sonik, Bronisław Wildstein i Bogusław Sonik – wieczorni goście Radia Kraków. Goszczenie państwa było prawdziwą radością. Dziękuję.

57%
43%
WASZE KOMENTARZE

Liczba komentarzy: 4

jamczłekwolnyiślebodny

Piątek, 5 maja 2017, 13:43

@sluchacz

Pod Putinem mielibyśmy zapewne większą niezależność. Kieby Białoruś, co? Wyrazy współczucia...

Odpowiedz

sluchacz

Niedziela, 30 kwietnia 2017, 22:18

SKS szkolny klub sportowy ;) , a poważnie to nie ma się czym chwalić wylali dziecko z kąpielą , wyprzedali gospodarkę a z poddaństwa pod zssr przeszliśmy pod usa lub ue zależnie od opcji politycznej

Odpowiedz

Niedziela, 30 kwietnia 2017, 17:11

@

Jaką Solidarność, nieuku? Zanim napiszesz kolejnego bzdeta, sprawdź co to był SKS. O Solidarności jeszcze się wtedy nikomu nie śniło.

Odpowiedz

Niedziela, 30 kwietnia 2017, 16:24

Wymyślili sobie Solidarność, a teraz odcinają od niej kupony.

Odpowiedz