|
|
Kraków 101.6 MHz
Kraków
101.6 MHz
Tarnów
101,0 MHz
Nowy Sącz
90,0 MHz
Zakopane
100,0 MHz
Andrychów
98,8 MHz
Gorlice
97,4 MHz
Krynica-Zdrój
102,1 MHz
Rabka-Zdrój
87,6 MHz
Szczawnica
90,0 MHz
|
Kontakt 4080 (SMS)
DZIEJE SIĘ COŚ W TWOJEJ OKOLICY?
SKONTAKTUJ SIĘ!
12 200 33 33 (antena)
12 630 60 00 (recepcja)
4080 (SMS)
500 202 323 (SMS i MMS)
redakcja@radiokrakow.pl
|
A
A
A

Ryszard Florek w Radiu Kraków: Coraz więcej Polaków stawia na polski produkt

Unia Europejska zmienia regulacje, jeśli w jakiejś dziedzinie zaczynamy odgrywać mocniejszą rolę – powiedział w Radiu Kraków twórca i szef nowosądeckiej firmy Fakro. Zdaniem Ryszarda Florka ochrona konkurencji w Unii Europejskiej jest niewystarczająca. Fakro od wielu lat protestuje przeciwko niedozwolonym praktykom duńskiej firmy Velux, a jednocześnie rozwija ofertę produktową i osiąga międzynarodowy sukces. Przedsiębiorca z Sądecczyzny, który aktywnie angażuje się także w edukacje ekonomiczną i namawia Polaków, aby stawiali na produkty polskich przedsiębiorców, był gościem Macieja Zdziarskiego w audycji „Oko w oko” we wtorek 5 września.

Posłuchaj rozmowy

Fot. M. Bartkowicz

Zapis rozmowy Macieja Zdziarskiego z Ryszardem Florkiem, prezesem i twórcą firmy Fakro.

 

Gościem audycji „Oko w oko” jest dzisiaj Ryszard Florek, prezes i twórca firmy Fakro, potentata w branży okien dachowych. Rozmawiamy podczas Forum Ekonomicznego w Krynicy. Prezydent Andrzej Duda otwierając tegoroczne Forum powiedział, że jeśli powstanie Europa dwóch prędkości, to atrakcyjność Unii Europejskiej w oczach obywateli państw zepchniętych do kategorii B, jak choćby Polska, zmaleje. Jak pan przyjął te słowa prezydenta?

 

W pełni zgadzam się z tym, co powiedział pan prezydent. Odczuwamy to na własnej skórze, bo Unia Europejska, do jakiej wstąpiliśmy, już nie istnieje. Obecnie mamy do czynienia z Unią, która cały czas zmienia swoje regulacje. Jeśli tylko Polacy w jakiejś dziedzinie zaczynają odgrywać większą rolę, od razu tworzy się przeciwko nam bariery. Przykładem jest branża logistyczna – gdy firmy transportowe zaczęły się rozwijać, natychmiast wprowadzono dodatkową biurokrację i utrudniono im działalność.

 

Mamy także spór o pracowników delegowanych.

 

Tak. W tych branżach, w których efekt skali nie jest duży, polskie firmy radzą sobie dobrze, ale automatycznie stawia się szlabany po drugiej stronie, abyśmy nie skorzystali z dobrodziejstwa Unii.

 

Pan również od wielu lat prowadzi z instytucjami Unii Europejskiej spór, wskazując, że barierą dla rozwoju pana firmy jest niedozwolona działalność jednego z pana konkurentów, który zajmuje pozycję monopolisty.

 

Nie tyle chodzi o jego pozycję, ile o łamanie prawa. Pewne działania są zabronione w przypadku firm, które mają pozycję dominującą.

 

Innymi słowy, pana konkurent – firma Velux – ma pozycję dominującą na rynku okiennym i nie powinien sięgać po pewne praktyki, które zatrzymują rozwój chociażby takich firm jak Fakro.

 

Tak. Konkurencja jest motorem rozwoju gospodarczego, więc jest szczególnie chroniona traktatem europejskim. Każde państwo ma też swoje prawa: prawo naruszania pozycji dominującej, prawa konkurencji. Chodzi o to, żeby firmy, które mają bardzo mocną pozycję, nie zniszczyły mniejszych podmiotów. Nasz konkurent od 50 lat dzierży pozycję prawie monopolisty. Jego kapitał jest kilkadziesiąt razy większy od naszego i służy on do tego, żeby nas zniszczyć, a to jest niedozwolone w świetle prawa.

 

Historia pańskiego biznesu jest w pewnym sensie historią romantyczną, historią Dawida, który sprzeciwił się Goliatowi – wszedł pan na rynek w latach 90., zaczynając od produkcji garażowej.

 

Pierwsze okna powstały w piwnicy, ale tam były tylko montowane, natomiast jeszcze w końcówce czasów PRL-owskich mieliśmy duży zakład o powierzchni 1000 metrów kwadratowych. Już wtedy produkowaliśmy elementy na najwyższym europejskim poziomie, a tylko sam montaż odbywał się w piwnicy.

 

Śledząc pana losy, mam wrażenie, że jest pan człowiekiem ciągłej walki. Pana relacje z Komisją Europejską pokazują, że po przekroczeniu pewnej bariery pojawiają się granice, których nie sposób przekroczyć.

 

Dopóki byliśmy małą firmą i nie stwarzaliśmy większego zagrożenia, to nas tolerowano. Z chwilą, kiedy weszliśmy do Unii Europejskiej, nasz konkurent stał się znacznie bardziej agresywny i sięgnął po nowe, mocniejsze praktyki, które nas ograniczały. Zaczął stosować umowy wy łącznościowe z dostawcami, stworzył tak zwaną „markę walczącą”…

 

Mówiąc prościej, chodzi o to, że powołuje się firmę tylko po to, żeby szkodziła mniejszemu konkurentowi?

 

Dokładnie. Jest to inna marka niż podmiot główny, która walczy wyłącznie ceną.

 

Kiedy pan oferuje okno za jakąś kwotę, np. w Niemczech czy we Francji, to przedstawiciele tej firmy natychmiast składają ofertę o 10% niższą.

 

Tak. Wtedy nasz dystrybutor zwraca się do nas, mówi: „Słuchajcie, ja tu mam produkt dużo tańszy od waszego. Obniżcie mi cenę albo będę brał od niego”. W wielu przypadkach musieliśmy obniżyć cenę, pozbywając się zysku koniecznego do rozwoju, a w wielu przypadkach straciliśmy klientów, bo konkurent dał tak niskie ceny, że musielibyśmy bardzo dużo dopłacać. W ten sposób straciliśmy wielu poważnych dystrybutorów w Europie Zachodniej.

 

Dlaczego Komisja Europejska od lat nie reaguje na pańskie prośby, by pana konkurent zaprzestał tego rodzaju niedozwolonych praktyk?

 

Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie. Jak przypuszczam, m.in. dlatego, że pani Westager, komisarz do spraw konkurencji, jest Dunką.

 

Ale urzędnicy europejscy twierdzą, że w Komisji Europejskiej nie ma interesów narodowych.

 

Panie redaktorze… [śmiech]

 

To znaczący śmiech prezesa Ryszarda Florka.

 

Poza tym, jak powiedział m.in. pan prezydent, bogate kraje Unii Europejskiej – Niemcy czy Francuzi – nie dbają o wspólnotę europejską jako całość, tylko o własne interesy narodowe. Kierowcy zaczęli jeździć do Niemiec – od razu stworzono barierę. Pracownicy delegowani – to samo. Jak myśmy złożyli skargę do Komisji Europejskiej, to odpowiedziano nam, że Komisja nie będzie zajmowała się wszystkimi sprawami, ale sama zdecyduje, na czym skupi się w pierwszej kolejności. Wcześniej tak nie było – rozpatrywano każdą sprawę, sytuacja była zero-jedynkowa. Naruszasz – kara. A tu nagle modyfikuje się przepisy…

 

Pod wpływem Ryszarda Florka Komisja zmieniła sposób działania?

 

Nie wiem, czy pod wpływem nas, ale zmieniła. Najpierw, ponad 10 lat temu, złożyliśmy skargę do polskiego UOKiK-u i urząd po wstępnym zbadaniu sprawy uznał, że naruszenie dotyczy wielu krajów, więc powinna się tym zająć Unia Europejska. I w tym momencie w Komisji nagle tworzy się wytyczne mówiące, że Komisja nie będzie zajmowała się wszystkimi sprawami, tylko że musi być udowodniony interes Unii Europejskiej. Przypuszczam, że nasza firma jako pierwsza została potraktowana w ten sposób.

 

Oprócz tego, że kieruje pan firmą i prowadzi spór z Komisją Europejską, założył pan fundację. Czym się ona zajmuje?

 

Jest to fundacja Pomyśl o Przyszłości. Została stworzona, aby uzupełniać wiedzę Polaków, której nie zdobyli w szkole. Jeżdżąc po świecie i rozmawiając z partnerami japońskimi, szwajcarskimi, francuskimi czy amerykańskimi, zauważyliśmy wielką przepaść między myśleniem Polaków a myśleniem obywateli w najbogatszych krajach. Uznaliśmy, że jeżeli nie będziemy myśleć tak jak oni i nie zadbamy o własną wspólnotę ekonomiczną tak jak oni, to nie mamy szansy być bogaci. To jedna z największych barier, która ogranicza nam dalszy rozwój.

 

Pańska Fundacja wydała publikację o bardzo chwytliwym tytule: „Dlaczego w bogatych krajach Europy Zachodniej zarabia się 4 razy więcej niż u nas?”. No właśnie – dlaczego?

 

Ponieważ obywatele krajów zachodnich są cztery razy bardziej produktywni. Średnia wysokość wynagrodzenia w danym kraju jest pochodną produktu krajowego brutto na osobę. PKB w Niemczech jest cztery razy większe niż PKB Polski, bo produktywność Niemca jest dużo większa. Produktywność to nie jest tylko efekt pracy, to szersze zagadnienie. Oznacza ona, ile klienci są w stanie zapłacić za nasze produkty, jaki mamy rynek, jaki jest efekt skali. To temat bardziej złożony, piszemy o tym w raporcie. Chcemy, żeby polski konsument, polski wyborca miał pełną wiedzę, taką, jaką mają obywatele krajów bogatych: Szwajcarzy, Francuzi czy Japończycy.

 

Jakiego rodzaju bariery musimy pokonać, aby zbliżyć się dochodowo do społeczeństw zachodu Europy?

 

Oj, nie wiem, czy uda mi się tak łatwo odpowiedzieć… Jedną z barier, która stoi przed polskimi firmami, jest dużo mniejszy kapitał, jakim dysponujemy. Jeżeli porównamy kapitał w firmie w przeliczeniu na jednego pracownika, to w zdecydowanej większości przypadków okaże się, że w zagranicznych firmach jest on 4–5 razy większy niż u nas. Porównaliśmy wiele polskich firm z ich zagranicznymi konkurentami i okazało się, że tam jest dużo większy kapitał, który również pracuje na wynagrodzenie. Drugim problemem są korzyści, jakie daje skala.

 

Często lubi pan mówić, że nie osiągamy właściwiej skali i że skala daje ogromne oszczędności, a oszczędności mnożą bogactwo.

 

Tak, bo przeanalizowaliśmy na danych księgowych korzyści skali w wielu firmach. Te korzyści wynoszą zwykle od 2 do 5%, ale czasem sięgają nawet 20%. W naszej branży to jest ok. 10%. Jeślibyśmy mieli taki rynek jak nasz konkurent, to albo oferowalibyśmy o 10% tańsze produkty, albo sprzedając je po tej samej cenie, moglibyśmy te 10% przeznaczyć na wynagrodzenia pracowników. Nie osiągając korzyści skali, nie jesteśmy w stanie podnieść wynagrodzenia, ponieważ mamy za duże koszty: koszty zakupu surowców, koszty produkcji, koszty sprzedaży. Efekt skali dotyczy każdego obszaru. Dlatego ważne jest, aby polskie firmy miały większy rynek – wtedy będą osiągały większe korzyści skali. Im więcej kupujemy, tym taniej kupujemy. Im więcej się produkuje, tym łatwiej wprowadzić pełną automatyzację, a więc też zaoszczędzić. Nie mając dużego rynku i dużej sprzedaży, nie jesteśmy w stanie osiągnąć korzyści skali, a efekt skali zapewniają coraz liczniejsi konsumenci. Jeżeli więc konsumenci będą kupować polskie produkty, pomogą wytworzyć ten efekt u polskich producentów, a polscy producenci będą mogli pozwolić sobie na podwyżki dla pracowników. Ekonomii nie da się oszukać.

 

Czy państwo powinno wspierać tego rodzaju działania? Czy po dwóch latach rządów Prawa i Sprawiedliwości ma pan wrażenie, że jest lepiej?

 

Na pewno jest lepiej, ale dużo więcej się mówiło, niż się robi. Chcielibyśmy, aby więcej zapowiedzi było wprowadzanych w życie, żeby ułatwić polskim przedsiębiorstwom rozwijanie firm. Myśmy policzyli, że gdybyśmy mieli dwa razy większy rynek niż obecnie, czyli dwa razy większą sprzedaż, to moglibyśmy pracownikom płacić dwa razy więcej. Może inaczej: moglibyśmy przyjąć jeszcze więcej pracowników i wszystkim płacić dwa razy więcej, bo zaoszczędzilibyśmy na kosztach dystrybucji, produkcji, zakupów, a to pozwoliłoby zwiększyć koszty pracy. Gdy nie ma efektu skali, to żeby podnieść wynagrodzenia, musielibyśmy podnieść ceny produktu, a wtedy on przestałby się sprzedawać.

 

Ludzie kupią tańsze okna.

 

Tak, kupią inne okna. Dzisiaj okna dachowe w Polsce są tańsze niż w Chinach, tak bardzo cena jest zaniżona. Jeżelibyśmy chcieli dać pracownikom wyższe wynagrodzenia, to musielibyśmy podnieść ceny okien, ale wtedy automatycznie przestaniemy sprzedawać i pracownicy stracą pracę.

 

Dużo mówi pan o pracownikach, ale mam wrażenie, że nie lubi pan związków zawodowych…

 

Dlaczego ma pan takie wrażenie?

 

A lubi pan związki zawodowe?

 

Oczywiście, bardzo (śmiech). Mnie związki zawodowe nie przeszkadzają.

 

A w swojej firmie ma pan związki zawodowe?

 

Nawet nie wiem. Może są, może nie ma.

 

Prezes zarządu nie wie, czy ma związki zawodowe?

 

Nie wiem. Nie słyszałem, żeby były, choć może jakieś są. Ale powiem panu, że kiedyś, chodząc po firmie, zauważyłem grupkę pracowników, podszedłem, pytam ich: „Zakładacie w końcu te związki zawodowe? Wszędzie są, a u nas nie ma”. A jeden ze starszych pracowników mówi: „A po co nam? Żebyśmy musieli jeszcze składki płacić? Gdy mamy problem, to pan przychodzi do nas, rozmawiamy, rozwiązujemy problem. Po co nam związki zawodowe? Czy one dadzą nam więcej chleba?”.

 

A jak wygląda pańskie zarządzanie firmą na co dzień? Zna pan każdy szczegół firmy?

 

Dawniej, gdy zatrudnialiśmy do 200 pracowników, potrafiłem na każdym stanowisku robić to, co pracownicy. Sam ich uczyłem obsługiwać maszyny czy wielu innych rzeczy, natomiast w tej chwili jest już cały szczebel zarządzający brygadzistów, kierowników, dyrektorów. Konieczny stał się podział kompetencji i obowiązków. Bieżącą działalnością już się nie zajmuję.

 

Nie jest tak, że odbiera pan maile od rana do wieczora, bo chce pan wiedzieć o wszystkim?

 

Nie. Zajmuję się głównie rozwojem, tym, co trudno delegować na dyrektorów.

 

Nową przestrzenią pańskiej działalności jest też produkcja zdrowej odzieży. Na czym polega ten pomysł?

 

Kiedyś miałem bardzo silne bóle kręgosłupa, tzw. korzonki czy lumbago, różnie to się nazywa.

 

I szukał pan właściwej koszulki…

 

Tydzień czasu chodziłem do masażysty. Lekarze stwierdzili, że trzeba operować kręgosłup. U nas na Podhalu mówiło się, że jeśli bolą plecy, to trzeba przyłoży skórkę z kota. Wykombinowałem, że skórka z kota to nic innego jak sierść, i zacząłem wszywać sobie wełnę na plecach. Okazało się, że to pomaga. Chodzi o to, że gdy się pocimy, ubranie staje się mokre, zimne i skurcz mięśni atakuje kręgosłup, nerwy i nas boli. Ale wełna ma tę zaletę, że jak jest wilgotna, to też jest ciepła. Wyleczyłem się w ten sposób i uważam, że tym dobrodziejstwem trzeba się podzielić z innymi. Jest taka manufaktura, szyją podkoszulki, w pełni naturalny produkt. W tych podkoszulkach grubsza wełna jest na plecach, a cienka bawełna – z przodu. To powoduje, że cały czas mamy ciepło na kręgosłupie, oprócz tego dodatkowe właściwości wełny powodują, że leczy bóle kręgosłupa. Jak komuś dolega ból pleców, to chętnie przyślę podkoszulek.

 

Lubi pan nawiązywać do patriotyzmu ekonomicznego. Co znaczy ten termin?

 

Nazywam to mądrością ekonomiczną. Bo mądrość ekonomiczna polega na tym, by dokonywać wyborów, które są dla nas najwartościowsze, najlepsze. Dzisiaj panuje taka propaganda unijna, że wszystkie produkty unijne są tak samo nasze, a to nieprawda, ponieważ w Unii Europejskiej każdy kraj rozwija się osobno. W cenie produktu zawarte są tzw. koszty korporacyjne i renta korporacyjna. Jeżeli więc Polak kupuje np. lodówkę wyprodukowaną w Polsce przez zagraniczny koncern, to w cenie lodówki jest mniej więcej 5–30% wspomnianej renty korporacyjnej, która trafia do kraju, z którego pochodzi koncern. Jeśli więc kupujemy dany produkt, to ta renta pozostaje w kraju, z którego pochodzi firma.

 

Ale konsument raczej nie bierze tego pod uwagę, bo po pierwsze chce mieć dobrą lodówkę, a po drugie, jeśli ma ograniczone zasoby, to wybierze tanią lodówkę, a więc decyduje relacja między ceną a jakością. Chyba mało kto, idąc do sklepu, myśli sobie: „Kupię polską lodówkę, żeby zostawić rentę korporacyjną w Polsce”.

 

I właśnie to jest błąd! A tak robią Francuzi, Szwajcarzy, Japończycy i dlatego te kraje są bogate. Ja zakładam, że obydwie lodówki są tak samo dobre. Problem sprowadza się do tego, którą klient wybierze.

 

To zróbmy szybki test. Garnitur ma pan z Polski?

 

Oczywiście.

 

Możemy zerknąć? O, rzeczywiście polska marka. Koszula z Polski?

 

Oczywiście.

 

Naprawdę bierze pan to pod uwagę, kupując ubrania?

 

Tak. I dopóki Polacy nie będą też tak postępować, to nie będą mieć szans na wyższe zarobki. Trzeba przyznać, że coraz więcej Polaków stawia na polski produkt, zaczyna rozumieć, że jeśli chcą mieć pracę i więcej zarabiać, to muszą kupować produkty wyprodukowane przez polskie firmy. Dzięki temu one mogą się rozwijać i powiększać swój rynek i uzyskiwać efekt skali, a efekt skali pozwala obniżyć koszty, taniej można sprzedawać produkt, a tym samym więcej płacić pracownikom. U nas dużo się mówi, że polskie firmy mają niższe koszty pracy. To nie jest prawda, bo zysk z efektu skali jest dużo większy niż oszczędności wynikające z niższych kosztów pracy w Polsce. Niemiecka firma, która produkuje w Niemczech, mając efekt skali, wyprodukuje to w Niemczech taniej niż polska firma w Polsce płacąca pracownikowi trzy razy mniej.

 

To mocna teza. Przecież koszty pracy odgrywają znaczenie, skoro zachodnie korporacje decydują się umieszczać w Polsce swoje centra produkcyjne czy montażowe.

 

Oczywiście, bo chcą produkować jeszcze taniej, a lokują centra w Polsce, jeżeli mają polską konkurencję. Jeżeli nie byłoby u nas konkurencji, to nie interesowaliby się Polską. A jeżeli ktoś ma efekt skali i produkcję w Polsce, to jest nie do pokonania.

 

Wierzy pan w Polskę i Polaków? Bo wypowiada się pan o polskości często dość krytycznie: że mamy postkomunistyczną, zaborową mentalność, że trudno nam zrozumieć wpływ naszych pojedynczych decyzji na pomyślność narodu…

 

Komunizm zmieniał nam głowy przez 50 lat. Tego nie da się tak szybko zmienić, ale jeżeli nie będziemy nad tym pracować, to tego nie zmienimy. Jeżeli chcemy żyć w lepszym, bezpieczniejszym kraju, to musimy zacząć interesować się gospodarką, dbać o naszą wspólnotę ekonomiczną – tylko wtedy będziemy mogli zbliżyć się do najbogatszych krajów Europy, bo w tej chwili od nich się oddalamy. Jeżeli porównamy wzrost PKB w Polsce i w Niemczech na przestrzeni ostatnich 5 lat, to okaże się, że ta różnica się powiększyła. Wcale nie doganiamy najbogatszych krajów, tylko się od nich oddalamy, bo rozwijają się szybciej niż my.

 

A czy spór polityczny z Unią Europejską przeszkadza nam czy pomaga w rozwoju? Dzisiaj mamy dość duże napięcie między instytucjami europejskimi a polskim rządem…

 

Wolałbym nie wypowiadać się na ten temat, bo to dotyczy już polityki.

 

Ale interesuje się pan polityką i powiedział pan kiedyś, że jeśli politycy zadzwonią do pana po poradę gospodarczą, to odbierze pan telefon nawet o północy.

 

Tak. Bo mamy duże doświadczenie, jesteśmy drugą na świecie firmą w branży, działamy w prawie wszystkich krajach na świecie i swoim doświadczeniem chętnie dzielimy się z politykami, którzy chcą słuchać. Natomiast często politycy nie chcą słuchać, ale jeżeli ktoś chce, to ja zawsze mam czas i chętnie tłumaczę mechanizmy gospodarki globalnej.

 

Myślał pan kiedyś o tym, żeby wejść do polityki?

 

Nigdy o tym nie myślałem i nie zamierzam tego robić.

 

Przez „Wprost” jest pan wyceniany na ponad miliard, dobrze pamiętam?

 

To jest obrót firmy, więc trudno mówić na tej podstawie o wycenach.

 

Lubi pan też powiedzieć, że z całego tego bogactwa ma pan kilkanaście tysięcy pensji brutto. To kokieteria czy rzeczywiście pieniądze nie mają dla pana wielkiego znaczenia?

 

Wspólnicy firmy Fakro, odkąd firma istnieje, nigdy nie pobrali dywidendy. Każdą sumę, którą zarobi firma, inwestujemy w kolejne miejsca pracy, w zdobywanie rynków, w rozwijanie firmy. Nawet gdybym chciał, to nie mam czasu wydawać pieniędzy.

 

A jak pan widzi przyszłość swojej firmy, bo ma pan ponad 17% rynku światowego?

 

Troszkę mniej.

 

Ale ma pan przeciwko sobie giganta, z którym walczy od wielu lat, także prowadząc spory i odwołując się do Komisji Europejskiej. Ale czy nie jest tak – przepraszam, że tak mówię – że osiągnął pan w biznesie już sufit?

 

Oj, absolutnie nie. Tak jak powiedziałem, walczymy cały czas o korzyści skali w naszej firmie. Jeżeli udałoby się nam podwoić obroty, zdobyć ten rynek, to mielibyśmy tak duże korzyści skali, że moglibyśmy dwa razy więcej płacić. Zakładamy, że wynagrodzenia będą rosły i się na to przygotowujemy. Dzisiaj płacimy rynkowo, bo firma, która nie płaci rynkowo, upada.

 

Wspomina pan często, że to nie pan płaci pracownikom, tylko konsumenci płacą.

 

To rynek płaci. Jeżeli przedsiębiorca płaciłby więcej niż rynek, a jego konkurent płaciłby rynkowo, to ten, który płaci więcej, będzie miał wyższe koszty, przestanie sprzedawać produkty i upadnie. W naszej branży, kiedy myśmy zaczynali, było ponad 30 firm w Europie. Do dziś zostało ich kilka, inne poza Fakro i Velux się nie liczą. Ale to nie jest tak, że to jest nam dane i będzie tak już na wieki wieków amen. Firmy cały czas walczą o przeżycie, walczą o efekt skali.

 

Także firma, która ma 17% rynku światowego, walczy codziennie o przeżycie?

 

Nie tyle o przeżycie. Nie ma z tym problemu, ale jeżeliby wynagrodzenia w Polsce wzrosły dwukrotnie, a my nie powiększylibyśmy efektu skali, to trudno byłoby to spiąć. Dzisiaj pracownikom płacimy tak, żeby byli w miarę zadowoleni i chcieli u nas pracować, czyli mniej więcej 5% więcej niż gdzie indziej. A wszystko, co nam zostaje, inwestujemy w rozwój firmy, po to żeby efekt skali był coraz większy, żeby mieć coraz niższe koszty, żeby pozwalać sobie na ciągłe podwyżki.

 

Dziękuję za rozmowę.

 

Dziękuję również.

100%
0%