|
|
Kraków 101.6 MHz
Kraków
101.6 MHz
Tarnów
101,0 MHz
Nowy Sącz
90,0 MHz
Zakopane
100,0 MHz
Andrychów
98,8 MHz
Gorlice
97,4 MHz
Krynica-Zdrój
102,1 MHz
Rabka-Zdrój
87,6 MHz
Szczawnica
90,0 MHz
|
Kontakt 4080 (SMS)
DZIEJE SIĘ COŚ W TWOJEJ OKOLICY?
SKONTAKTUJ SIĘ!
12 200 33 33 (antena)
12 630 60 00 (recepcja)
4080 (SMS)
500 202 323 (SMS i MMS)
redakcja@radiokrakow.pl
|
A
A
A

Prof. Mikołaj Spodaryk w Radiu Kraków: Chciałbym być Piotrusiem Panem

Stary i głupi? No stary, ale nieszablonowy. Nikt nie przyjdzie do lekarza pediatry pod krawatem i nie zwróci na niego uwagi. Lepiej więc przebrać się za świnkę Peppę czy za pokemona Pikachu – mówił prof. Mikołaj Spodaryk, wybitny pediatra, ordynator Oddziału Leczenia Żywieniowego w Uniwersyteckim Szpitalu Dziecięcym w Prokocimiu. Prof. M. Spodaryk był gościem Radia Kraków w audycji Macieja Zdziarskiego „Oko w oko” w poniedziałek, 17 lipca.

Posłuchaj rozmowy

fot. M.Zdziarski

Prof. Spodaryk słynie ze szczególnego podejścia do małych pacjentów. Nosi kolorowe kitle, doskonale zna postacie z kreskówek, a jedną z nich – świnkę Peppę – wytatuował sobie nawet na ręce. – Najgorszą rzeczą dla dziecka w szpitalu jest smutny, niewyremontowany budynek, z obdartymi i odrapanymi łóżeczkami, do tego dochodzi sama choroba, przestraszeni rodzice, którzy nic nie rozumieją, śmiertelnie poważny ordynator i niedostępni, nie mniej poważni lekarze – wyjaśniał gość Radia Kraków.

Prof. Spodaryk, którego ojciec również był znanym krakowskim pediatrą, opowiedział o wyzwaniu, jakim jest ta dziedzina medycyny oraz o początkach swojej pracy w zawodzie. – Pamiętam, że od małego dziecka zastanawiałem się, jak można uprawiać inny zawód niż, górnolotnie mówiąc, ratowanie komuś życia. Potem się okazało, że medycyna i pediatria eksploatuje człowieka. Mała królewna wiele wymaga, a nie bardzo chce cokolwiek dać.

Gość Radia Kraków, który specjalizuje się w leczeniu żywieniowym, zwrócił uwagę na negatywne skutki niewłaściwej diety u dzieci i dorosłych. – Często jest tak, że jemy zdrowe pokarmy, ale mamy fatalne nawyki, np. podjadania między posiłkami – mówił. Zdaniem prof. Spodaryka tzw. niezdrowa żywność – o ile nie jest podstawą codziennej diety – nie musi zawsze wiązać się z negatywnymi konsekwencjami dla zdrowia. – Jeżelibyśmy rozebrali hamburgera na elementy, to okazałoby się, że zawiera on wszystko, co jest zdrowe, i wszystko, co jest normalne w diecie. Jedyna szkodliwa rzecz to to, że w ciągu 10 minut zjadamy ¾ dobowego zapotrzebowania na energię – podkreślał prof. Spodaryk.

 

Zapis rozmowy Macieja Zdziarskiego z prof. Mikołajem Spodarykiem


Kłaniam się pięknie mojemu gościowi, a jest nim dzisiaj profesor Mikołaj Spodaryk – lekarz, pediatra, człowiek w żółtym kombinezonie. Co pan dzisiaj na siebie włożył?
Dzisiaj noszę swój strój służbowy i czapkę z pokemonem Pikachu. Zakładam ją od czasu do czasu, gdy mam smutnego pacjenta albo przeżywającego traumę związaną ze szpitalem. Wtedy różnie się ubieram. Mogłem przyjść cały na różowo z balonikiem i wtedy byłbym Hello Kitty, ale jak wiemy, Hello Kitty to z piekła kot – nie ma ust, więc gęby nie mógłbym otworzyć i nie porozmawiałbym z panem redaktorem.


Mali pacjenci nie lubią, kiedy jest pan ubrany na biało?
Generalnie szpitale w ogóle kojarzą się z białym albo z bladoniebieskim ubraniem. W dodatku rodzice, często nieświadomie, mogą straszyć dzieci: „bo przyjdzie pan doktor i da zastrzyk”. Po co się ubierać zawsze na biało? Ja mam ubrania we wszystkich kolorach, także w czarnym, i co najzabawniejsze, małe dzieci śmieją się najbardziej właśnie z czarnego stroju. Nie wiem dlaczego.


Jest pan poważnym człowiekiem, profesorem medycyny, ma pan sumiasty wąs, a jednocześnie ubiera się pan kolorowo, nosi tatuaż. Czy można powiedzieć, że jest pan Piotrusiem Panem?
Chciałbym nim być, bo to jest wieczne dziecko, które nigdy nie dojrzało. Ja też w swojej filozofii wyznaję to, by nigdy nie dorosnąć. Ale czy to dziwactwo? Świat jest pełen dziwaków i pełen dziwactw, a naszym zadaniem jest zrozumieć pewne zachowania i je tolerować, o ile nie ograniczają w żaden sposób wolności drugiej osoby. Jeżeli przyjdę ubrany na różowo, to moi asystenci zrozumieją, że szef ma taką filozofię, taki sposób bycia, i też przyjdą ubrani na seledynowo czy zielono.


Czy rzeczywiście pana podwładni próbują się upodabniać do pana?
Moi asystenci rozumieją, że pracujemy z dziećmi, a najgorszą rzeczą dla dziecka w szpitalu jest smutny, niewyremontowany budynek, z obdartymi i odrapanymi łóżeczkami, do tego dochodzi sama choroba, przestraszeni rodzice, którzy nic nie rozumieją, śmiertelnie poważny ordynator i niedostępni, nie mniej poważni lekarze. To już nie jest oddział, tylko najprawdopodobniej kostnica. W takim szpitalu sam nie chciałbym leżeć.


A może powaga sprawia, że ludzie wierzą lekarzowi, bo jest zasadniczy, ubrany na biało i używa poważnych słów?
To jest właśnie olbrzymi problem współczesnej medycyny. Mówimy bardzo ciężkim, często niezrozumiałym językiem, nasyconym informacjami medycznymi. Zapominamy, że odbiorcą jest albo małe dziecko, albo człowiek, który na medycynie się nie zna.


Nawet dorosły pacjent często boi się zapytać lekarza, co właściwie powiedział.
Tak, i potem zaczyna buszować po internecie, wyszukuje różne informacje – prawdziwe, mniej prawdziwe, straszne i mniej straszne. Efekt jest taki, że tworzy się relacja oparta na strachu. Pacjent się boi, że dolega mu coś poważnego, bo jest chory i leży w szpitalu…


Ale nie przyszedłby do lekarza, gdyby było inaczej.
Tak. Jednak pacjent boi się tego, co usłyszał, bo nie rozumie, co lekarz powiedział. Trzeba pamiętać, że zawód lekarza pochodzi od szamanów, uzdrowicieli, healerów. Ich recepty opierały się na wywarze z witki dębowej czy wierzbowej, magii słowa, magii kontaktu z drugim człowiekiem. Dziecku zdecydowanie łatwiej nawiązać kontakt z kimś, kto jest dziwny, kto zupełnie nie kojarzy się z wyobrażeniem lekarza, inaczej wygląda, niż z panią, która podaje szczepionkę w przychodni i robi bolesny zastrzyk.


Trudno być pediatrą? Co w sytuacjach, gdy przychodzi ciężko chore dziecko z nie mniej przestraszonymi rodzicami?
To jest szalenie trudny układ, bo pediatra nie tylko ma pod opieką pacjenta – dziecko, ale też musi pozostawać w kontakcie z rodzicami, którzy mają określony stopień tolerancji stresu. Mogą być agresywni, opryskliwi, a nawet nienawistni, bo coś się stało i dlaczego spotkało to akurat moje dziecko? Błyskawicznie trzeba się zorientować w sytuacji. I na tym polega ta magia: by wiedzieć, czy w danej chwili można zażartować, czy trzeba być śmiertelnie poważnym, czy lepiej nawiązać kontakt poprzez przekazanie szczegółowych informacji o chorobie i jej konsekwencjach, czy dawkować je na zasadzie aptekarskiego miareczkowania, dając rodzicom nadzieję na wyzdrowienie ich dziecka, o ile są ku temu podstawy. Bo jeżeli nie ma, to rozmowa jest zdecydowanie trudniejsza. Trzeba wyczuć, czy pacjent będzie chciał usłyszeć od razu wszystko, czy lepiej podać mu informację zwrotną zupełnie inaczej.

Z drugiej strony jest małe dziecko, z którym trzeba nawiązać kontakt. Ten mały pacjent potrafi powiedzieć: „A pan jest łysy i zsunęły się panu włoski z głowy pod nosek” albo: „Ma pan duży brzuch, bo pewnie zjadł pan dwa obiady albo piłkę”. To rozładowuje sytuację i warto być w tym momencie radosnym, przyjacielskim dla dziecka, chociaż czasami człowiek mówi: „Ty draniu mały, za chwilę wciągnę brzuch i będę przystojny”.


Wydaje się jednak, że dzisiaj lekarze nie mają czasu lub ochoty, żeby myśleć w taki sposób o relacji z pacjentem. Jak pan wypracował takie podejście do swojego zawodu?
Miałem wspaniałego mistrza. Już nie mówię o tym, że kończyłem studia w dobrym czasie, gdy było wielu świetnych profesorów – uczyli nas, dyskutując z nami, a egzaminy ustne wymagały nawiązania rozmowy i pokazania, jak się myśli. Miałem ojca pediatrę, który w domu co prawda nie był często obecny, bo pracował i był ojcem świątecznym albo wakacyjnym, ale mieliśmy świadomość tego, że jego zawód jest potrzebny, że taty nie ma, bo ratuje komuś życie. To kształtuje myślenie małego dziecka i wybór zawodu był dla mnie niejako automatyczny. Potem wytworzyła się zupełnie inna relacja, już nie tylko ojciec–syn, ale mistrz–uczeń, a potem partner–partner i wreszcie mistrz–mistrz. To zobowiązywało do czegoś. Ojciec pokazywał mi blaski i cienie medycyny.


Kiedy po raz pierwszy zorientował się pan, obcując z ojcem, że chce pan być kimś takim jak on?
Myślę, że u każdego chłopca, który ma niedosyt ojca, zawsze tkwi chęć naśladowania go, bycia takim jak on. Pamiętam, że od małego dziecka zastanawiałem się, jak można uprawiać inny zawód niż, górnolotnie mówiąc, ratowanie komuś życia. Potem się okazało, że medycyna i pediatria eksploatuje człowieka. Mała królewna wiele wymaga, a nie bardzo chce cokolwiek dać. Ale kończąc studia, rozważałem jeszcze jedną specjalizację.


Jaką?
Myślałem o medycynie sądowej. Fascynowały mnie zagadki, rozwiązywanie ich, dochodzenie istoty sprawy. Ale błyskawicznie to minęło i wróciłem do pediatrii, do tego, co najbardziej mi się podobało i spełniało przede wszystkim nadzieje i marzenia o tym zawodzie. Mam na myśli kontakt z trudnym pacjentem, ze szczerym pacjentem, z dzieckiem, które jest kształtowane nie tylko przez rodziców, ale także przez środowisko. W związku z tym trzeba wypracować taki model, który pokaże, że lekarz nie jest straszny, tylko może być przyjacielem – nie wywoła traumy u dziecka, nie odepchnie go od służby zdrowia, mało tego – spowoduje, że dziecko będzie podchodziło do lekarzy z olbrzymim zaufaniem. To jest istotne.


A jak przeżywa pan porażki? Cierpi pan, kiedy umierają mali pacjenci?
Niestety to są blaski i cienie tego zawodu. Blaski są wtedy, kiedy pacjent przeżywa, kiedy odnosi się sukces zawodowy. Ale, proszę sobie wyobrazić, ja nigdy ich nie zapamiętuję. Wyznaję jedną zasadę: że nie musimy o nich pamiętać, bo jeżeli odniosłem sukces, to rodzicie nawet po 20 latach będą o nim pamiętać.


I wrócą do pana.
Tak, przyjdą i powiedzą: „To pan leczył moje dziecko”.


A co jeśli jest porażka?
Niestety ją się nosi w sercu do końca. Każde dziecko, które zmarło na moim oddziale, pamiętam z imienia, nazwiska, z wyglądu i z rozpoznania. To zostaje w człowieku. To jest ten osad, który być może kształtuje naszą wrażliwość, bo nieprawdą jest, że zawód lekarza hartuje albo odziera z wrażliwości. Ten zawód wywiera potężne piętno i pozwala patrzeć troszeczkę z innej perspektywy.


A dlaczego chce pan uczestniczyć w każdej sekcji zwłok dziecka, które umarło na pańskim oddziale? Przecież to straszne.
To jest straszne, rzeczywiście, ale tak zostałem nauczony przez swojego szefa. Wtedy był taki obowiązek: każdy lekarz prowadzący musiał pójść na sekcję, zobaczyć, jak daleko albo jak blisko był prawdy, jak daleko albo blisko był sukcesu, rozwiązania problemu. My wiemy, że i tak zawsze przegrywamy, bo medycyna nie spełnia pokładanych w niej nadziei. Każdy chciałby być zdrowy, szczupły, mieć włoski, ładne ząbki i kaloryfer na brzuchu, a tutaj tylko kiepski wzrok, przewód pokarmowy gorzej pracuje, prostata trzyma i wreszcie się umiera. Musimy na to patrzeć troszeczkę inaczej. Dochodzenie prawdy albo namacalnie dostrzeżenie, jak blisko byliśmy sukcesu w leczeniu pacjenta czy postawieniu diagnozy, uczy z jednej strony pokory, a z drugiej – pokazuje, co możemy wykorzystać w leczeniu następnego pacjenta.


Zajmuje się pan leczeniem żywieniowym, ale drogowskazy nie zawsze chodzą drogami, które same wskazują. Jak patrzę na pańską sylwetkę, to nie jest pan przykładem...
…dobrze stosowanej diety i świetnie zbilansowanej.


O właśnie. Ma pan parę kilogramów za dużo.
„Parę kilogramów za dużo” to jest łagodnie powiedziane. Ale od razu uspakajam, że i cholesterol, i trójglicerydy, i glukozę mam w normie, do tego niskie ciśnienie. Nie mam więc zespołu metabolicznego, oznak sklerozy też dotąd nie zauważyłem, bo dobrze pamiętam całe swoje życie i nie zamieniłbym go na inne.


Jak to jest więc z tym zdrowym żywieniem? Bo z jednej strony są ci, którzy je promują i często wyglądają jak wyjęci z reklamy zdrowego życia, ale z drugiej są i tacy, którzy wiedzą, jak należy się odżywiać, a nie zawsze im się to udaje.
Jest z tym pewien problem, bo możemy doskonale wiedzieć, co należy robić, natomiast ewolucja trochę inaczej nas wykształciła i uformowała – i to jest jedna sprawa. A druga to jest to, jak reagujemy na stres, obciążenia psychiczne, fizyczne, niewyspanie. Jak pewnie pan redaktor pamięta z egzaminów, gdy przychodziła np. sesja, to niektórzy jedli więcej niż zwykle, innym brakowało apetytu i nagle chudli…


To prawda, stresujące momenty wyzwalają różne reakcje.
Ja cierpię na zespół compulsive eating disorder, czyli jedzenia kompulsywnego. Każdy większy wysiłek czy większy stres od razu przekłada się na dodatkowe kilogramy.


Ja też lubię sobie zjeść wieczorem.
Ale nie znaczy to, że z tego powodu będę modyfikował swoje życie i przejdę na fotosyntezę, bo to nikomu się nie udało.


To co robić w takich okolicznościach, zwłaszcza gdy wiadomo, że zdrowe odżywianie stanowi fundament zdrowego życia?
Pytanie sprowadza się do tego, co to jest zdrowe odżywanie, a czym są niezdrowe nawyki żywieniowe. Często jest tak, że jemy zdrowe pokarmy, ale mamy fatalne nawyki, np. nawyk jedzenia wieczorem, podjadania między posiłkami. To są główne grzechy, które powodują, że wygląda się bardziej obficie. Zasada racjonalnego żywienia polega na tym, że trzeba jeść częściej, co 2–3 godziny, ale w mniejszych porcjach, a posiłek musi zawierać wszystkie składniki racjonalnej diety. Co to znaczy? Musi zawierać nośniki energii, czyli tłuszcze, węglowodany i białko, odpowiedzialne za budowę ciało. Musi zawierać substancje regulatorowe, witaminy, pierwiastki śladowe, elektrolity. Jeżeli ułożymy odpowiednio tę piramidę żywienia i będziemy jej przestrzegać, to gwarantuję, że będzie dobrze.

Natomiast często mamy nie najlepsze nawyki, związane ze sposobem funkcjonowania – wychodzimy z domu szybko, bez śniadania, bo trzeba zdążyć do pracy, dziecko zawieźć do przedszkola. Chłepczemy na szybko kawę, sadzamy dziecko do samochodu, jemy w drodze, ładujemy w dziecko bułę, oprócz tego zajada ono coś jeszcze w przedszkolu. Jeżeli taki schemat powtarza się od przedszkola przez szkołę, to łatwo znaleźć winnego – winny będzie sklepikarz, który w sklepiku sprzedaje marsa lub chipsy.


Ale kiedy pod koniec rządów PO i PSL pojawiła się propozycja – wdrożona zresztą, a później cofnięta – żeby radykalnie zmienić dostępność niezdrowych produktów w sklepikach szkolnych, to mówił pan, że to jest głupi pomysł.
Zgadza się. Mówiłem, że to najgłupszy z możliwych pomysłów. Bo jeżeli chcemy nauczyć dziecko zdrowych nawyków, to trzeba niestety podnieść cztery litery z łóżka dużo wcześniej i przygotować śniadanie, które zje się w spokoju razem z dzieckiem. Ono wtedy nauczy się odpowiednich nawyków. Oprócz tego trzeba dać mu kanapkę do szkoły przygotowaną w domu, włożyć też jakiś owoc na dłuższą przerwę. Ale też dajmy 5 złotych, mówiąc: „Trzymaj, kupisz sobie w sklepiku szkolnym to, co będą kupować koledzy”, bo dziecko nie może być stygmatyzowane odmiennością.


Nawet jeśli to będzie batonik?
Tak, nawet jeśli będą to chipsy, batonik czy żelki. Skoro dziecko zjadło w domu śniadanie, ma drugie śniadanie w teczce, do tego zje owoc, to iloma jeszcze batonikami się napcha? Najgorsza sytuacja to taka, gdy nie jemy w ogóle śniadania, bo żyjemy w pośpiechu, nie przygotowujemy dziecku drugiego śniadania dziecku do szkoły, a zamiast tego dajemy pieniądze, mówiąc: „Kup sobie bułkę z serem albo jogurt”. Dziecko, stojąc w kolejce z kolegami, będzie pamiętało, że mama kazała kupić kanapkę z serem, ale gdy wszyscy będą brać chipsy i batoniki, to dziecko też w końcu powie: „Poproszę chipsy”.


Nawet poza szkołą, jeśli będzie musiało sobie coś kupić.
Tak, nawet poza szkołą. Dlatego największą głupotą był tamten pomysł. Jeżeli dziecko zaplanuje, że zje chipsy, to nic mu się od nich nie stanie, pod warunkiem że zjadło wcześniej normalny posiłek. To rodzice oddziałują na swoje dzieci i uczą ich świadomego, zdrowego żywienia. Tak naprawdę nie ma niezdrowej żywności, bo i batonik, i chipsy, i żelki, i lody, a także pizza, hamburgery i frytki są elementami naszej diety. I nie jest to żadne, jak to się mówi, śmieciowe jedzenie.


Podobno na spotkaniach autorskich, kiedy promował pan swoją książkę dotyczącą racjonalnego żywienia, lobby ekomam, jak je pan nazywa, protestowało przeciwko pana poglądom.
To było w Bydgoszczy, rzeczywiście mamy protestowały, zarzucając mi, że pozwalam na hamburgery, frytki, mało tego – na pizzę czy zapiekankę. Nie dało się nic im wytłumaczyć. Panie chciały niemalże, by ich dzieci czerpały energię z fotosyntezy albo z jedzenia trawy. Po tym spotkaniu, które było nieznośne i nieprzyjemne, poszedłem na znak protestu zjeść hamburgera z frytkami i wypić dużego szejka, żeby odreagować. I kogo tam spotkałem? Wszystkie ekomatki w komplecie. One się mnie pytają: „A pan co tu robi?”. Mówię: „Ja tu będę żarł. A panie? Bo na fotosyntezę ani na szpinak raczej tu panie nie przyszły”. Wszystkie jadły frytki i hamburgery. Nie wiem, może swoim wystąpieniem zachęciłem je, żeby spróbowały tego, czego tak straszliwie się zakazuje.

Ale jeżelibyśmy rozebrali tego hamburgera na elementy, to okazałoby się, że zawiera on wszystko, co jest zdrowe, i wszystko, co jest normalne w diecie. Nie ma w nim nic szkodliwego. Jedyna szkodliwa rzecz to to, że w ciągu 10 minut zjadamy ¾ dobowego zapotrzebowania na energię. Każdy z nas, wychodząc z fast foodu, mówi tak: „Zjadłem dużego hamburgera, podwójne frytki, wypiłem podwójną colę czy szejka, a jeszcze bym takiego małego schował do kieszeni, bo za chwilę będę pewnie głodny. Ale smak jest niepowtarzalny!”.


I tu leży pies pogrzebany.
Zgoda. I jeżeli będziemy codziennie w ten sposób się odżywiać, to zginiemy. Ale jeżeli tylko od czasu do czasu pozwolimy na to dziecku, to nic się nie stanie, bo z dziecka nie wolno robić wariata. Trzeba wysyłać mu jasny przekaz.


No właśnie, o to chciałem zapytać. Dziś są nawet podręczniki, które uczą rodzicielstwa, a kiedyś rodzice intuicyjnie wychowywali dzieci. Czy świadome rodzicielstwo to jest dobry trend w kulturze, czy ma jakieś mankamenty?
Ja jestem fatalnym interlokutorem w tej kwestii, bo z moim ojcostwem jest trochę tak, jak było z moim ojcem.


Ma pan dużo zobowiązań zawodowych.
Tak. I dzieci wychowuje żona. Ona uczyła jeździć je na rowerze, strzelać z procy, gwizdać na palcach. Najśmieszniejsze w tym jest to, że żona sama nie umie jeździć na rowerze, a nauczyła tego nasze dzieci. Ja w tym nie brałem udziałem. Raz uczestniczyłem w grach i zabawach, cały weekend robiliśmy latawiec, który na końcu nie chciał latać, bo go połamałem. Chłopcy przyszli do domu i mówili: „Tatuś skakał po latawcu i mówił brzydkie słowa, dlatego latawiec nie poleciał”.


To już nie mówmy o pańskim rodzicielstwie, tylko o tym, jak pan widzi dzisiaj współczesnych rodziców.
Myślę, że istotny i najważniejszy jest jasny przekaz. Jeżeli mama mówi „nie”, to otoczenie dziecka konsekwentnie musi to podtrzymać, nawet jeżeli dany zakaz nie jest do końca racjonalny. Najgorzej, jak dziecko słyszy od mamusi „nie”, a tatuś pozwala, czyli jest na „tak”. Tatuś staje się lepszy od mamusi, bo dziecko lepiej na tym wychodzi. Trzeba więc zachowywać konsekwencję. I właśnie wracając do kwestii jedzenia: nie możemy powiedzieć dziecku: „Jak zjesz pizzę czy zapiekankę, to umrzesz”, skoro na urodziny dziecka przychodzą goście i mamusia przygotowuje pizzę, bo przecież to największa atrakcja dla dzieci.


Czyli ważniejsze jest to, co rodzice robią, niż to, co mówią.
Tak. Przecież dziecko widzi: zjadło pizzę i nie umarło. Więc jak to hamburger, chipsy i orzeszki są niezdrowe, skoro tatuś ogląda mecz i zjadł extra large paczkę chipsów, dwie paczki orzeszków i wcale nie umarł? To tworzy fałszywy przekaz, który wywołuje w dziecku zagubienie. Potem trudno mu odnaleźć się w świecie i w swoim środowisku.


Jest pan pediatrą, ale obserwując pana publiczną działalność, mam wrażenie, że fascynuje pana starość.
Do starości, pomimo że nie chcę się zestarzeć – mówiłem już, że nigdy nie będę dorosły –zmierzam cały czas, ale bardzo małymi krokami. Wiadomo, że każdy umrze, wszystko zmierza w jednym nieubłaganym kierunku, nie ma w ogóle co dyskutować.


Dlaczego pediatra postanowił zorganizować eventy polegające na tym, by dać seniorom możliwość uczestnictwa w próbach generalnych w teatrze?
Często spotykam się z tym pytaniem. Ale jeżeli popatrzymy na wczesne dzieciństwo i późną starość, to one niewiele się od siebie różnią. Nie chcę w żadnym wypadku mówić, że w obu przypadkach nosi się pampersy i nie ma ząbków, bo albo jeszcze nie urosły, albo już wypadły. Chodzi mi o to, że w obydwu tych okresach życia mamy do czynienia z pewnym nierozumieniem świata: albo jeszcze się go nie rozumie, albo – w przypadku starości – świat nas już przegonił.


Bo się zmienił, wszystko jest inaczej.
Zmienił się i już go nie rozumiemy. To, co fajne u małego dziecka – kapnęło mu z noska czy puścił bąka – u dorosłego staje się irytujące albo wręcz wstrętne.


Może tak świat działa, że mamy pewne nadzieje związane z dziećmi, więc wybaczamy im wszystko?
Ale ci sami starsi ludzie też przecież byli dziećmi, którym kiedyś podcierano pupkę i wycierano nosek.


Czy nie jest więc tak, jak mówią niektórzy, że starość nie udała się Panu Bogu?
Starość na pewno się nie udała, ale nie może wykluczać ze społeczeństwa. Często widać, że współczesny świat jest stworzony dla młodych, dobrze zbudowanych, świetnie odżywionych, wysportowanych i bogatych ludzi. A ludziom starszym co zostaje? Margines i czekanie na śmierć. Tak nie może być.


Często tak wyglądają poczekalnie w przychodniach: starsi, upokorzeni ludzie, którzy czekają godzinami na wizytę u lekarza.
Mało tego! Brakuje im pieniędzy, chcieliby wspomnieć młodość, wybrać się do teatru, a nie ma za co. Właśnie dlatego powstała akcja „Jeszcze żyję!”. Czasami do tej nazwy dodaję jeszcze brzydkie słowo na „k”, którego nie powiem, bo nie wypada.


Pana współpracownicy mówią, że lubi pan rzucić czasem niecenzuralnym słowem.
Nawet nie czasem. Dosyć często.


Dlaczego?
Bo uważam, że ekspresja tego wymaga. Hasło „Jeszcze żyję” poprzedzone tym słowem pokazuje, że jest mocne i jest zawołaniem bojowym: „Jeszcze żyję, patrzcie, coś mi się należy”, a nie „Narayama” – trzeba pójść i umrzeć, bo osiągnęło się wiek starczy.


Czy wspieranie starszych ludzi jest czymś, co dopełnia pańską misję? Czy dla równowagi obcowania z dziećmi i przebierania się w kolorowe stroje potrzebni są panu starsi ludzie?
Tutaj nie potrzeba żadnej równowagi, jestem absolutnie zbalansowany. Natomiast nienawidzę wykluczeń, bo to jest straszne. Dlatego będę do końca bronił środowisk inaczej myślących albo inaczej żyjących niż pozostali, do końca będę bronił słabszych, wykluczonych…


A więc też starszych ludzi.
Także starszych. Do końca będę walczył z patologią, z którą często się spotykamy, bo łatwo być łajdakiem, ale jeszcze łatwiej nie zauważać łajdactwa. Jeżeli ktoś wyciąga portfel staruszce w tramwaju i my to widzimy, to łajdakiem jest nie tylko ten, który kradnie – może inaczej nie umie, to jest jego zawód – ale i ten, który nie zareagował, bo dokonał wyboru: nie narażę się, niech starszego człowieka okradną. To jest jeszcze gorsze łajdactwo.


A czy starając się o miejsca w teatrach dla starszych osób, spotkał się pan z niechętnymi reakcjami?
Niestety tak. Mailując wcześniej z dyrektorami, słyszałem: „Fantastyczna akcja, super, chętnie w to wejdziemy”, a potem się okazało, że jako pierwszy podjął się tego wyłącznie Teatr Ludowy z Jackiem Stramą, obecnie akcję kontynuuje pani dyrektor Bugajewska. Od 5 lat już współpracujemy. Wiem, że dołączyły również cztery poznańskie teatry i opera, w Warszawie – podobno dwa, ale nie mam jeszcze pełnych informacji. W tej chwili nawiązuję kontakt z PWST krakowskim, będziemy chcieli zaprowadzić seniorów na spektakle dyplomowe młodych ludzi. To są aktorzy, którzy dopiero rozpoczynają karierę. Spotykałem się z różnymi reakcjami, ale aktorzy zawsze mówią: „To nas wzbogaca”. Premiera odbywa się dzień wcześniej, czyli w trakcie próby generalnej. Założenie bardzo proste: nikt nie chce rozdawać wejściówek po promocyjnej cenie czy biletów za darmo, ale próba generalna zawsze musi się odbyć.


I w zasadzie jest spektaklem.
A więc czemu kogoś nie zaprosić? To jest odruch serca i chciałbym, żeby rozlało się to po całej Polsce. Żebyśmy mieli większą wrażliwość, bo coraz bardziej nam jej brakuje.


A czego panu brakuje najbardziej? Ma pan czas dla siebie pomiędzy dyżurami, kierowaniem oddziałem, akcjami społecznymi, działaniami dla seniorów?
Absolutnie tak.


I co pan wtedy robi?
Wieczorami czytam namiętnie, z dwie godziny czy godzinę dziennie. Czytam wszystko, co wpada mi w ręce, nie dokonuję żadnej wstępnej selekcji. Oczywiście część książek to literatura fachowa, ale czytam wszystko. Ktoś powie: „Czyta książki dla dzieci, bo zwariował”. Wcale nie, czytam książki i oglądam filmy dla dzieci, bo muszę wiedzieć, kto to jest Ben 10, Draculaura czy świnka Peppa.


To trochę czasu zajmuje, bo teraz chyba co sezon zmieniają się bohaterowie młodych ludzi?
Rzeczywiście trudno nadążyć. Nie powiem, że intelektualnie mnie to ekscytuje, ale to jest inwestycja zawodowa.


Dzieci doceniają to, że zna pan bohaterów bajek?
Pewnie, że tak! Jeżeli przybijam piątkę i mówię, że najfajniejszy jest Zygzak McQueen, to odnajdujemy wspólny język. Czy jak mówię, że świnka Peppa i George są najlepszymi przyjaciółmi, bo widzę wytatuowaną świnkę u dziecka, to nie ma dyskusji.


I ja ją widzę u pana na lewej ręce, mogę państwu potwierdzić.
Jest trochę zezowata, ale stale jest ze mną. To był znak protestu przeciw głupiemu, ideologicznemu zabieraniu dzieci ich bohaterom. Świnkę Peppę podejrzewa się o kanibalizm, bo gdzieś tam coś grillowała, Hello Kitty jest kotkiem z piekła, wreszcie mamy gejów, co jest bardzo nie na miejscu. Dzieci oczywiście trzeba uczyć, ale czteroletni malec nie wie, kim jest kanibal, i ogląda świnkę Peppę z zupełnie innej perspektywy.

Ale czytam też kryminały, bo to kapitalne studium człowieka! Można się zastanowić, czy miał prawo zabić, czy nie, czy będzie za to ukarany, czy nie. A jeżeli tym kryminałem jest Zbrodnia i kara z repertuarem postaci: Lizawietą, Raskolnikowem, Swidrygajłowem, który jest śledczym od pierwszego rozdziału, bawi się z Raskolnikowem, to mamy genialną ucztę intelektualną.


Najdziwniejszy kryminał świata – od początku wiadomo, kto popełnił zbrodnię, a czyta się z wypiekami na twarzy.
Absolutnie. Bo to jest poza tym świetna literatura.


Ale rozumiem, że mniej ambitne kryminały też wchodzą w grę?
Teraz wydawane są fantastyczne, pasjonujące skandynawskie kryminały. Ale mamy też naszego Vincenta Severskiego z jego trylogią, w zasadzie chyba już czwarty tom wyszedł. Polecam na odpoczynek, a wszystko to dotyczy człowieka i jego środowiska. Jako lekarz i humanista powinienem więc śledzić wszystko na bieżąco.


Dziwny z pana lekarz, panie profesorze.
Ale „dziwny jest ten świat”. Mamy akurat rocznicę tego przeboju. Trzeba znaleźć sobie sposób na życie.


Czuje się pan w 100% człowiekiem spełnionym?
Absolutnie. Nie zmieniłbym ani sekundy ze swojego życia. Proszę zobaczyć, że to, iż przyszedłem tutaj ubrany w Pikachu, nie zaburzyło merytoryki rozmowy.


Ani odrobinę. A gdy jeździ pan samochodem ubrany w ten sposób, to wzbudza pan sensację wśród innych kierowców?
Staram się na to nie patrzeć, choć rzeczywiście wzbudza to sensację. Stary i głupi? No stary, ale nieszablonowy. Jeżeli lekarz osiągnął już swój status zawodowy, to co – mam krawat zakładać do piżamy? Nikt nie przyjdzie do lekarza pod krawatem i nie zwróci na niego uwagi. Lepiej więc ubrać się za świnkę Peppę czy za Pikachu.


I tak właśnie wydarzyło się dzisiaj, w poniedziałkowy wieczór. Profesor Mikołaj Spodaryk, pediatra. Bardzo dziękuję za to spotkanie!
Dziękuję również.

100%
0%