|
|
Kraków 101.6 MHz
Kraków
101.6 MHz
Tarnów
101,0 MHz
Nowy Sącz
90,0 MHz
Zakopane
100,0 MHz
Andrychów
98,8 MHz
Gorlice
97,4 MHz
Krynica-Zdrój
102,1 MHz
Rabka-Zdrój
87,6 MHz
Szczawnica
90,0 MHz
|
Kontakt 4080 (SMS)
DZIEJE SIĘ COŚ W TWOJEJ OKOLICY?
SKONTAKTUJ SIĘ!
12 200 33 33 (antena)
12 630 60 00 (recepcja)
4080 (SMS)
500 202 323 (SMS i MMS)
redakcja@radiokrakow.pl
|
A
A
A

Prof. Janusz Filipiak w Radiu Kraków: odnosimy sukcesy, mamy wzrost gospodarczy, ciągle nam się chce

Prof. Janusz Filipiak - naukowiec, informatyk, twórca i prezes firmy Comarch - był gościem Radia Kraków w audycji Macieja Zdziarskiego "Oko w oko" w poniedziałek, 15 maja.

Posłuchaj rozmowy

Zapis rozmowy Macieja Zdziarskiego z prof. Januszem Filipiakiem w audycji „Oko w oko”

 

Maciej Zdziarski: Gościem audycji „Oko w oko” jest profesor Janusz Filipiak, twórca i prezes firmy Comarch. Dobry wieczór!

Janusz Filipiak: Dobry wieczór! Bardzo mi miło, dziękuję za zaproszenie.

Koniec dnia to czas sprzyjający refleksji. Zastanawia się pan wieczorami, czy dobrze przeżył mijający dzień?

Przy zasypianiu raczej o tym nie myślę, czytam wtedy zwykle jakąś książkę, np. thriller. Częściej mam takie refleksje w ciągu dnia, gdy jadę autem albo lecę samolotem.

Powiedział pan w jednym z wywiadów, że stara się odpoczywać podczas lotów. To mnie zaintrygowało – myślałem, że ktoś, kto tak dużo czasu spędza w podróży, pracuje także w drodze.

Rzeczywiście nie pracuję w samolocie, taka jest moja metoda przetrwania dużej liczby lotów. Na pułapie 11 tysięcy metrów ciśnienie jest takie jak w czasie wspinaczki na szczyt na wysokości 2 tysięcy metrów. A w ciągu godziny–półtorej lądujemy w innej miejscowości, w której znowu jest inne ciśnienie. To wszystko bardzo obciąża organizm i serce. Wykonywanie pracy byłoby dodatkowym obciążeniem, dlatego na pokładzie pozwalam sobie na letarg, refleksję, a nie nerwową pracę.

Ile jest warta godzina pańskiej pracy?

Trudno to wyliczyć…

Dziennikarz „Gazety Wyborczej” Grzegorz Sroczyński dopytywał, ile pan zarabia na godzinę. I usłyszał w odpowiedzi, że większe znaczenie od osobistego wynagrodzenia ma zdobywanie przychodów dla Comarchu.

Oczywiście. Comarch osiąga przynajmniej miliard złotych przychodu rocznie, by mógł dobrze funkcjonować. Jeśli założymy, że przeznaczam dwieście dni roboczych w roku na zdobywanie zleceń, to wychodzi, że dziennie muszę pozyskać kontrakty na sumę pięciu milionów złotych.

Czy rzeczywiście szef wielkiej korporacji ma wpływ na to, czy firma osiągnie przychody w wysokości miliarda złotych, a nie na przykład ośmiuset milionów?

Zdecydowanie tak, dlatego tyle podróżuję! My dostarczamy bardzo duże systemy, zawieramy kontrakty o wartości kilku–kilkunastu milionów euro, a więc kilkudziesięciu milionów złotych. Robimy bardzo ważne projekty typu mission critical. Przykładowo obsługujemy narodowego operatora holenderskiego KPN, dostarczając system bilingowy.

Czyli gdyby wysypał się pański system, nie byłoby bilingów w Holandii?

Tak. I dlatego że to są tak ważne systemy, szefowie tych firm chcą zobaczyć, kto reprezentuje korporację, która ma dostarczyć produkt. A jak system przestanie działać, to trzeba jechać się tłumaczyć.

To naprawdę jest tak osobiste? Myślałem, że w korporacjach tabuny menedżerów i prawników dogadują ze sobą szczegóły kontaktów, a właściciel siedzi w domu w Szwajcarii, gdzie pan na co dzień mieszka, i zajmuje się uprawą ogródka.

Tylko że ja nie działam jako właściciel, ale przede wszystkim jako operatywny prezes zarządu, który codziennie pracuje z klientami po stronie przychodowej, pozyskuje kontrakty. W tej chwili informatyka bardzo głęboko penetruje tkankę ludzką. Wdrażając system informatyczny, zmieniamy w istocie organizację danej firmy. Ludzie muszą nauczyć się nowych aplikacji, dochodzi do głębokiej ingerencji w kulturę, w stosunki międzyludzkie w firmie. To dlatego przy kontraktowaniu projektu pokazuje się nie tylko software, ale też zespół inżynierów, który będzie prowadził wdrożenie. Klient ocenia, czy jest chemia między ludźmi, czy obie strony będą dobrze współpracować. Mówię tu o zespołach liczących od 50 do 200 osób po każdej ze stron.

Gdyby pomylił się pan kilka razy w roku, zagroziłoby to funkcjonowaniu takiej firmy jak Comarch?

Zdarzenia jednostkowe, drobne błędy, nie skutkują poważnymi konsekwencjami. Istotne jest zorganizowanie całego procesu: codzienny nadzór, przygotowanie zespołu ludzi, organizacja ich pracy – jeżeli to by szwankowało, wówczas mielibyśmy problem. Na szczęście organizacja całego tego procesu rozłożona jest na wiele miesięcy, więc to nie jest kwestia popełnienia błędu w jednej sekundzie.

Czy ma pan osobisty stosunek do ludzi, których pan zatrudnia? Czy czuje pan odpowiedzialność za nich, wiedząc, że od powodzenia Comarchu zależy byt ich rodzin i jeśli coś się zepsuje, trzeba wszystkim powiedzieć: „Przepraszam, nie udało się”?

Zdecydowanie, bo to jest firma, którą stworzyłem. Mam do niej stosunek emocjonalny, traktuję ją jak własne dziecko, jako coś swojego, o co muszę dbać. Chcę, żeby firma przetrwała na rynku, a bez tych wszystkich ludzi sam bym nic nie zrobił. Pracownicy są dla mnie największą wartością firmy i czuję się za nich odpowiedzialny. Oczywiście czasami trzeba kogoś zwolnić czy przykręcić śrubę, ale po to, żeby firma przetrwała na globalnym, bardzo konkurencyjnym rynku. Czasami trzeba podjąć działania, które powodują, że pojedyncze osoby czują się pokrzywdzone, ale jest to konieczne, żeby pozostałe ponad pięć tysięcy miejsc pracy w Polsce przetrwało.

Dlaczego działając w takiej skali, ciągle jest pan wierny zasadzie, żeby stawiać na Polaków?

Jest kilka powodów. Najważniejszy to taki, że Polacy są zmotywowani do pracy, chcą pracować i osiągnąć sukces, mają ochotę zarabiać.

Ale ciągle praca w Polsce praca jest relatywnie tania, czy już nie?

O nie, nie! Informatyk, który potrafi programować, pozycjonuje się na rynku globalnym – w ogóle nie obowiązują go granice, które wpływałyby na wysokość wynagrodzenia.

Informatyk może wyjechać dokądkolwiek?

Tak, wszędzie dostanie wizę i wszędzie zostanie przyjęty, czy to będzie Singapur, czy Stany. Praca informatyka jest więc wyceniana jak na rynku globalnym. Z drugiej strony mamy bardzo dużo firm outsourcingowych, które także operują stawkami zagranicznymi. W segmencie rynku dla informatyków będących 3–4 lata po studiach mówimy o pensjach rzędu od 12 do 19 tysięcy złotych, czyli 3–5 tysięcy euro. To są pensje na poziomie światowym.

A co pan sądzi o start-upach? Mam na myśli sytuację, gdy kilku młodych ludzi ogłasza, że teraz zdobędzie świat swoim pomysłem i znajduje inwestorów, bogatych ludzi, którzy wykładają wielkie pieniądze.

Ja jestem obciążony latami zaraz po transformacji ustrojowej. Na początku lat 90. w Polsce powstały dwa miliony firm, nie było żadnych start-upów, nie było aniołów biznesu, czyli inwestorów, którzy dają łatwą kasę, jak to się mówi. Myśmy wszyscy wtedy bardzo ciężko pracowali, w świątek, piątek i niedzielę, żeby tylko zbudować firmę. I to według mnie jest właściwa droga.

Czyli wierzy pan w taki prosty, wilczy kapitalizm? Przetrwasz albo zginiesz.

Uważam po prostu, że nie można budować firmy bez klientów, bez dostarczania towaru klientowi i bez obsługi klienta. Gdy otwiera się biznes, trzeba znaleźć klienta, coś mu sprzedać i w ogóle nauczyć się produkować, sprzedawać, opanować obsługę posprzedażową. Natomiast start-upy nie mają żadnego klienta – dostają parę milionów, pracownicy pracują sobie bezstresowo. Niektórym to się udaje [śmiech].

Czyli prawdziwemu biznesowi bliżej do warzywniaka, który ma sens tylko wtedy, jeśli ludzie z osiedla przychodzą i kupują warzywa?

Tak jest. Wyżej cenię kogoś, kto założy stragan z warzywami i obsługuje klienta, niż start-up, który dostał miliony i ma życie jak w Madrycie.

A Polacy są przedsiębiorczy bardziej niż inne nacje? Czy istnieje polski sposób myślenia o biznesie, o gospodarce?

Wydaje mi się, że tak. To jest powodem, że odnosimy sukcesy, że mamy wzrost gospodarczy, że ciągle nam się chce. To wynika troszeczkę z tego, że w stosunku do narodów z zachodu Europy, Niemców, Francuzów, jesteśmy narodem młodym, przez wiele lat nie mieliśmy ani państwowości, ani kapitalizmu. To wszystko jest ciągle dla nas nowe i fajne.

Czy ma na to wpływ fakt, że jako społeczeństwo ciągle jesteśmy homogeniczni, stosunkowo mało zróżnicowani? To pytanie niepoprawne politycznie, ale przeczytałem w jednym z wywiadów, że wyraźnie podnosi pan tę kwestię.

Tak. Bo tak jak mówiłem wcześniej, informatyka to branża, w której głęboko ingeruje się w organizację firmy i w kulturę ludzi, którzy są tam zatrudnieni. Jeśli my sami dobrze się rozumiemy jako dostawca, a nasi ludzie tworzą sprawny team, to łatwiej nam przystosować się do kultury firmy docelowej. W minionym roku eksport odpowiadał za ponad 60% naszych obrotów, w tym roku to będzie już 70%. Działamy w naprawdę bardzo różnych kulturach, w Azji, na Bliskim Wschodzie, w Ameryce Południowej.

To może wielokulturowość ułatwiałaby kontakty?

Rzeczywiście zatrudniamy do pracy lokalnych fachowców, natomiast sama wiedza i produkty trafiają z Polski, gdzie funkcjonuje jednorodne kulturowo centrum produkcyjne To nie ma nic wspólnego z nacjonalizmem czy tego typu epitetami, to wynika ze sprawności działania.

A czy życie bogacza jest trudne?

Nie. Jest przyjemne bardzo [śmiech].

Lepiej być bogatym niż biednym?

Oczywiście.

Ale był pan biedny?

Tak. Ostatnio jeden z banków przysłał mi kilkudziesięciostronicową publikację autorstwa słynnego profesora, laureata Nagrody Nobla, na temat tego, czy łatwiej być szczęśliwym, gdy się jest biednym, czy bogatym. Autor tej bardzo uczonej rozprawy doszedł na końcu do wniosku, że łatwiej być szczęśliwym, gdy jest się bogatym, więc z przyjemnością pragnę potwierdzić, że ma rację [śmiech].

A co jest fajnego w bogactwie?

Człowiek może się skoncentrować na tym, co ważne. Ja nie nadużywam bogactwa. Nie mam fanaberii typu jacht, samolot…To nie o to chodzi.

To o co?

O to, że nie muszę myśleć, czy mogę sobie pozwolić na wzięcie taksówki, czy nie. Pamiętam, jak pierwszy raz poleciałem do Stanów, wylądowałem i na lotnisku doktoryzowałem się przez ponad godzinę, jak najtaniej mogę dojechać do centrum – czy autobusem, czy taksówką, czy może pociągiem, potem gdzie się przesiąść i tak dalej. To było traumatyczne i stresujące. Zamiast zajmować się badaniami naukowymi, musiałem przez godzinę badać, jak najtaniej dojechać do miasta.

Teraz może pan zamówić limuzynę, bo dawno przekroczył granicę niedogodności związanych z liczeniem każdego grosza. Ale czy na co dzień jest pan człowiekiem rozrzutnym, czy raczej oszczędnym?

Raczej oszczędnym. Mam problem z dziećmi, bo praktycznie od małego miały dostęp do pieniędzy…

I trzeba im wyjaśnić, że pieniądze nie rosną na drzewach?

Tak, i że trzeba dużo wcześniej rezerwować samolot, bo wówczas ta sama trasa jest dużo tańsza. One nie zawsze przykładają do tego wagę.

A pan ciągle przykłada?

Ja tak.

W tym roku skończy pan 65 lat. Czy mówi pan sobie czasem: „Nie chce mi się już tego wszystkiego robić, może odpuszczę, niech popracuje za mnie ktoś inny”?

We wrześniu formalnie mógłbym przejść na emeryturę, więc będę aktywnym emerytem [śmiech]. Dla mnie brzmi to fatalnie. Ja jestem całkowicie skoncentrowany na pracy, wypoczynek służy mi tylko do tego, aby odzyskać rześkość i zdolność wykonywania pracy. Te wypoczynki są krótkie, w ciągu dnia maksimum godzinne. Natomiast w pozostałym czasie poświęcam się pracy.

Uważa pan, że trzeba podnosić wiek emerytalny? Czy jego cofnięcie przez rząd Prawa i Sprawiedliwości to dobry ruch?

Wydaje mi się, że to dobry ruch, bo każdy, kto chce pracować po ukończeniu 65 lat, będzie mógł to robić. Ci, którzy chcą pracować, pracują, a ci, którzy czekają na emeryturę, mogą się na nią udać. Tych, którzy nie chcą pracować, oczywiście nie krytykuję, ludzie są różni. Jeden ma lepszą wydolność organizmu, większą zdolność do wykonywania pracy, lepsze zdrowie i ma ochotę pracować, a ktoś inny nie.

To rzadkie stanowisko wśród wielkich przedsiębiorców i ludzi zarządzających firmami.

Wie pan, jeśli jest jakaś tajemnica mojego sukcesu, to jest nią bardzo trzeźwa ocena każdej sytuacji. Staram się patrzeć na rzeczy takimi, jakimi są, a nie przez pryzmat uprzedzeń czy stereotypów. Ludzie są różni i trzeba to zrozumieć, a następnie się dostosować. Odpowiednie spozycjonowanie ludzi pozwala całemu zespołowi efektywnie działać.

Zastanawia się pan czasem nad alternatywnym scenariuszem swojego życia: co by było, gdyby nie poszedł pan ćwierć wieku temu w biznes, tylko został w gabinecie nr 415 na AGH, cieszył się swoją profesurą, przyjeżdżał na zajęcia, prowadził seminaria?

Odszedłem u szczytu sławy. Mogłem pisać artykuły, publikować je w najlepszych czasopismach, jeździć na konferencje. W wieku lat czterdziestu byłem w rozkwicie kariery naukowej, ale wiedziałem, że w środku się wypaliłem. Nie miałem w sobie świeżości. Wszystko, co robiłem, było dobre warsztatowo, ale nie było w tym nic nowego.

Nie wymyśliłby pan prochu w nauce?

Przykro mi, ale nie.

To też odważne sformułowanie, bo wielu profesorów w pańskim wieku ma przekonanie, że okoliczności im nie sprzyjały, że gdyby byli w innym kraju, to poszłoby im lepiej, że system nauki jest niedofinansowany itd.

Ja ogłosiłem ponad sto publikacji w najlepszych czasopismach, wydałem dwie książki za granicą w znanych wydawnictwach: Springer i Elsevier, i mogę z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że nauka światowa jest teraz na rozdrożu. W naukach podstawowych – w fizyce, chemii – nie ma postępu. Oczywiście wiadomo, dlaczego nie ma – nie mamy po prostu narzędzi, żeby dalej sięgnąć w kosmos lub głębiej sięgnąć w cząsteczkę, w atom.

A tam, gdzie mamy narzędzia, doszliśmy do ściany, jak rozumiem?

Doszliśmy do ściany, tak. Nie ma nowych faktów, na podstawie których można by budować teorie. I to jest bardzo poważny problem. A druga sprawa: niestety dużo się mówi o wydatkach na badania naukowe, ale to jest pic na wodę, fotomontaż. Wszystkie pieniądze wydawane przez Brukselę są rozdrapywane przez rozmaite instytucje na badania ezoteryczne, czyli na przelewanie z pustego w próżne, i tak to niestety się kręci. Proszę zwrócić uwagę, że ostatnie wynalazki, które popchnęły cywilizację do przodu, to są laser czy tranzystor. Wynaleziono je w latach 50. minionego wieku, czyli 60–70 lat temu! Od tego czasu niewiele wymyślono rzeczy, które zmieniają rzeczywistość i pozwalają tworzyć nowe rozwiązania.

Z drugiej strony biznes bardzo zmienił rzeczywistość i nie obyłoby się to bez odpowiednich badań. Pańska firma inwestuje w projekty badawcze kilkanaście procent przychodów.

Tak, ale to są badania inkrementalne, przyrostowe, które pozwalają ciągle ulepszać istniejące rzeczy, a nie odkrycia naukowe na miarę wynalezienia tranzystora.

Może więc te wielkie unijne strumienie pieniędzy powinny być wykorzystywane na coś innego? Może trzeba odważnie spojrzeć prawdzie w oczy i powiedzieć, że to nie ma żadnego sensu?

Mnie się wydaje, że jest parę powodów tego stanu rzeczy. Jednym z powodów jest pauperyzacja nauki. W tej chwili panuje ideologia konsumpcji i jeśli ludzie na uczelniach zarabiają bardzo mało pieniędzy, to młody człowiek, który chce zarabiać te 5–6 tysięcy euro, woli poświęcić się pracy w przemyśle. Nie prowadzi wielkich badań naukowych, tylko staje się jednym z narzędzi produkcji, częścią systemów przyrostowych.

Czy pan by zachęcał młodych, zdolnych doktorów, żeby porzucili swoje uniwersytety i politechniki i pracowali dla biznesu?

To jest w ogóle problem naszej cywilizacji, bo wszystkie media zachęcają do konsumpcji. Nikt nie chce się poświęcać. Już sama koncepcja start-upu zasadza się na tym, że dostaje się pieniądze za darmo.

Twórcy start-upów uważają, że za świetny pomysł.

Tak. A to powoduje tylko, że ci ludzie nie pracują głęboko, ciężko, w stresie, z poczuciem odpowiedzialności, a tylko taka praca może doprowadzić do odkryć naukowych.

Czyli w czasach internetu nadal nie ma darmowego lunchu?

No tak.

A gdzie jest dzisiaj centrum świata? Gdzie rozstrzygnie się przyszłość cywilizacji? Pytam pana jako człowieka, który podróżuje po całym świecie.

W tej chwili sporo jeżdżę na Bliski Wschód. Pierwsze moje wyjazdy tam były sceptyczne. Jeden wielki blichtr, zwłaszcza w krajach ze złożami ropy, czyli w Zjednoczonych Emiratach Arabskich czy w Arabii Saudyjskiej. Z jednej strony możemy śmiać się z tego, że chcą mieć wszystko, co nowe, wszystkie najnowocześniejsze zabawki. Z drugiej strony tam wydaje się tyle pieniędzy na innowacje, że coś z tego musi być. Jednocześnie to nie jest filozofia start-upowa. Tam, jeśli coś się obiecało, to trzeba dostarczyć.

Czy przedsiębiorca działający w pańskiej skali musi od czasu do czasu wydawać pieniądze na działalność charytatywną, żeby pokazać społeczną odpowiedzialność biznesu?

To w pewnej mierze decyzja osobista. Jeszcze 10 lat temu byłem skoncentrowany na tym, żeby odnieść sukces w biznesie i przetrwać na rynku, walczyć z konkurencją, i miałem mniej czasu, żeby myśleć o kulturze, sporcie, czyli o tym, na co dawać pieniądze. Nie wynikało to z tego, że byłem złym człowiekiem, tylko bardziej koncentrowałem się na rozwoju firmy. Swego czasu ktoś mnie zapytał, czemu Comarch daje ludziom coś za nic w ramach społecznej odpowiedzialności biznesu. Wyrwało mi się wtedy: „Bo ja już swój wyścig szczurów wygrałem”.

Ma pan swoje lata i może pan to robić.

Tak. I po prostu trochę zmienił się mój styl myślenia. W pewnej mierze więc jest to kwestia osobista, ale też Comarch jest dziś w innej sytuacji, stać nas na więcej niż dawniej. Prowadzimy akcje na znacznie większą skalę i nie dotyczy to tylko Cracovii…

…na którą wydał pan dużo pieniędzy…

.. robię to nadal, teraz będziemy tworzyć w Rącznej centrum treningowe.

A co poza Cracovią?

Zdradzę, że zasponsorujemy budowę nowych organów w Kościele Mariackim. Wkrótce podpiszemy umowę i będzie to znacząca kwota. Wspieramy także muzeum w Rapperswilu.

Czyli muzeum promujące Polskę w Szwajcarii, gdzie pan mieszka. Proszę wybaczyć, jeśli zabrzmi to zbyt kolokwialnie, ale czy na starość nie zrobił się pan sentymentalny, patriotyczny i pobożny?

No nie [śmiech].

Bo organy w Kościele Mariackim, pamiątki polskie w Szwajcarii…

Oczywiście można to rozpatrywać w kategoriach religijności, natomiast ja jestem spoza Krakowa i jak byłem małym chłopcem, to hejnał niosący się z Wieży Mariackiej, słyszany przez radio, był dla mnie symbolem wielkiego świata, więc powiedziałbym prędzej, że jest to realizacja dziecięcych marzeń. Wspieramy również koncerty muzyki organowej w Kościele Mariackim, więc chcemy, żeby organy były bardzo dobre.

Żyjemy w kraju bardzo podzielonym politycznie, a pan przyjął zaproszenie prezydenta Andrzeja Dudy do Narodowej Rady Rozwoju. Czy dla przedsiębiorcy działającego na wielką skalę nie jest to w jakimś stopniu ryzykowne?

Nie sądzę. Jestem dobrze znany w środowisku i ludzie znają moje poglądy. Po prostu jest to postawa odpowiedzialnego Polaka. Zamiast siedzieć i narzekać, w Narodowej Radzie Rozwoju mam możliwość przedstawiania własnego zdania na temat zdarzeń gospodarczych.

Ale wierzy pan, że to może realnie zmieniać Polskę?

Rady mają ograniczone możliwości – jak to rady, to nie są decydenci. Natomiast trudno było odmówić i powiedzieć, że nie chcę brać w tym udziału. Mam poczucie spełnionego obowiązku, moi współpracownicy przygotowują mi dokumenty, a ja je przekazuję dalej.

A czy wielkie transfery socjalne, jak program Rodzina 500+, zmieniają Polskę na lepszą czy gorszą?

Zadaje mi pan pytania, na które odpowiedź przekracza moje granice kompetencji [śmiech].

Bardzo zręczna, dyplomatyczna odpowiedź!

Nie, ja po prostu czuję się bardzo odpowiedzialny za to, co mówię, i nie chcę improwizować. Odpowiem tak: na Zachodzie, żeby przyspieszyć gospodarkę, banki dostały pieniądze za nic…

I to było złe?

Uważam, że lepiej, gdy te same kwoty, zamiast iść na dofinansowanie banków, trafią do rodzin – jak w programie Rodzina 500+. Choć nie do końca mam to przemyślane, powiem szczerze [śmiech].

A co będzie z Europą? Wybory we Francji właśnie zostały rozstrzygnięte, za kilka miesięcy odbędą się wybory w Niemczech. Z jednej strony wygrywają siły, które – używając cytatu z polskiej polityki – chcą, żeby „było, tak jak było”, z drugiej politycy bardziej radykalni wskazują, że w Europie źle się dzieje.

Ja patrzę na to w ten sposób: we Francji zatrudniam 70 osób, we Włoszech – na razie nieco ponad 20, w Niemczech – 300, w Belgii – ponad 20. Patrzę na podejście tych młodych ludzi, ich motywację, entuzjazm do pracy. I teraz pytanie: dlaczego oni decydują się na pracę w polskiej firmie? Po prostu mają dosyć pracy w korporacjach, w dużych skostniałych strukturach, w których nic się nie robi, gdzie nie można awansować. Mimo że zachodnie społeczeństwa są stare i niewydolne, to jednak ci młodzi ludzie chcą coś robić. Stare zachodnie struktury są bardzo skostniałe, nieruchawe, wszystko jest w nich poukładane i mi się wydaje, że jeżeli tego się nie zmieni, to nastanie stagnacja. Zresztą już od wielu lat mamy stagnację w Europie i to nie jest kwestia strukturalnych zmian makroekonomicznych, tylko umiejętności wyzwolenia energii młodych ludzi, a sposób organizacji społeczeństw zachodnich nie sprzyja temu. Zobaczymy, co zrobią ludzie typu Marine Le Pen czy Emmanuel Macron, czy kto inny, ale podstawowa sprawa to wyzwolenie energii w młodych ludziach, tak jak to się stało w Polsce po transformacji ustrojowej.

Z tego punktu widzenia Polska jest w lepszej sytuacji?

Tak, bo nam jeszcze się chce. Powiedziałem to na początku i będę powtarzał.

Wyczytałem ostatnio, że zaangażował się pan w projekt telemedyczny, który ma monitorować migotanie przedsionków serca. Czy to decyzja podjęta z biznesowych powodów, czy wynikająca z tego, że człowiek w pana wieku zaczyna myśleć o zdrowiu swoim i innych?

Z czysto biznesowych [śmiech].

Społeczeństwo, także polskie, starzeje się, więc będzie chyba rynek na tego typu produkty.

Oczywiście. W tym kierunku idzie rozwój informatyki, bo jeszcze parę lat temu branża nie była obecna w medycynie. Dlaczego? Dlatego że informacje medyczne mają bardzo złożoną strukturę. Informacja w banku jest prosta: nazwisko, imię, numer konta, środki na koncie. A informacja medyczna jest złożona – składa się na nią obraz, bardzo wiele innych parametrów, zapis lekarza z przeprowadzonego wywiadu lekarskiego. Dotychczas informatyka sobie z tym nie radziła, a od paru lat jesteśmy już w stanie temu podołać.

Czyli wierzy pan w telemedycynę jako biznes?

Oczywiście, że tak. To przyjdzie, musi przyjść.

Panuje takie przekonanie, zwłaszcza w konserwatywnych społeczeństwach, że bezpośrednia relacja lekarz–pacjent i pewna niechęć starszych ludzi do nowinek to bariery zatrzymujące telemedycynę.

Ale w tej chwili, gdy zachorujemy na grypę, dzwonimy po lekarza, on do nas przychodzi, nic o nas nie wie, a mimo wszystko musi postawić diagnozę. Dziś jest już technicznie możliwe, że lekarz na komórce będzie miał pełną informację medyczną o pacjencie: na co chorował, jaką ma grupę krwi, do jakich grup ryzyka należy, a wtedy o wiele łatwiej postawić diagnozę. Już dziś moglibyśmy stworzyć taką ogólnonarodową bazę, to jest tylko kwestia zorganizowania się społeczeństwa.

Orwellowska rzeczywistość.

Nie, już obecnie mamy pilotażowy projekt Miasto Zdrowia, za pomocą którego pokazujemy, jak to działa – w Łodzi czy w Suwałkach, czy w innych miastach.

Bardzo dziękuję za to wieczorne spotkanie. Na koniec chciałem zapytać: co panu sprawia największą przyjemność?

Praca.

Myślałem, że przyłapię pana jednak na jakiejś niesubordynacji, ale okazuje się, że nie. I wstaje pan każdego dnia o szóstej, tak jak dawniej?

Teraz to już o piątej trzydzieści, piątej.

Janusz Filipiak, profesor, milioner, człowiek sukcesu, był wieczornym gościem Radia Kraków. Bardzo dziękuję za to spotkanie.

Dziękuję bardzo.

86%
14%