|
|
Kraków 101.6 MHz
Kraków
101.6 MHz
Tarnów
101,0 MHz
Nowy Sącz
90,0 MHz
Zakopane
100,0 MHz
Andrychów
98,8 MHz
Gorlice
97,4 MHz
Krynica-Zdrój
102,1 MHz
Rabka-Zdrój
87,6 MHz
Szczawnica
90,0 MHz
|
Kontakt 4080 (SMS)
DZIEJE SIĘ COŚ W TWOJEJ OKOLICY?
SKONTAKTUJ SIĘ!
12 200 33 33 (antena)
12 630 60 00 (recepcja)
4080 (SMS)
500 202 323 (SMS i MMS)
redakcja@radiokrakow.pl
|
A
A
A

Ks. prof. Franciszek Longchamps de Bérier w Radiu Kraków: Przede wszystkim jestem księdzem

Pytanie o powołanie to w istocie pytanie o to, czy jest się na swoim miejscu – mówił ksiądz Franciszek Longchamps de Bérier, profesor nauk prawnych, kierownik Katedry Prawa Rzymskiego na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Jagiellońskiego. Ksiądz prof. Longchamps de Bérier był gościem Radia Kraków w audycji Macieja Zdziarskiego „Oko w oko” w poniedziałek, 31 lipca. Opowiedział o własnej drodze do kapłaństwa i dyscyplinie, której poświęcił swoją aktywność naukową – prawie rzymskim.

Posłuchaj rozmowy

Gość Radia Kraków mówił o tym, dlaczego bardzo rzadko pojawia się publicznie bez sutanny – także podczas prowadzenia wykładów dla studentów. – Żonaty mężczyzna nosi obrączkę – jak sądzę, nie tylko po to, żeby odstraszać ewentualne zainteresowane, ale po to, żeby powiedzieć, że jest z kimś w związku i tym żyje. Tak samo sutanna przypomina o tym, kim jestem i jaki powinienem być – mówił ksiądz prof. F. Longchamps de Bérier. Jak wyjaśnił, strój duchowny powinien być odczytywany jako sygnał, że każdy ma prawo zwrócić się do księdza. 

Rozmówca Macieja Zdziarskiego przekonywał, że przedmiot, który wykłada – prawo rzymskie – jest bardzo użyteczną dziedziną, bo to właśnie Rzymianie opisali podstawy myślenia o wielu sferach życia. – Studiowanie prawa jest przede wszystkim pewnego rodzaju układaniem myśli, jest pewną formacją. Szczególną rolę tej formacji widać w prawie prywatnym, czyli dotyczącym zobowiązań, spadków, prawa rodzinnego – podkreślał ksiądz prof. Longchamps de Bérier.

Ksiądz prof. Longchamps de Bérier opowiedział również o swoich przodkach, którzy w XVIII wieku przybyli do Lwowa z południowej Francji. Choć nigdy nie poznał osobiście dziadka (również Franciszka), bo urodził się kilka miesięcy po jego śmierci, to właśnie z nim czuje się szczególnie związany. – Był profesorem prawa administracyjnego i stanowił dla mnie ideał. Dziadek zrobił doktorat we Lwowie i w trakcie mobilizacji w sierpniu 1939 roku dotarł do swojego 9. Pułku Ułanów. Walczył nad Bzurą, gdzie został ranny, Niemcy wzięli go do niewoli i spędził całą wojnę w Murnau. Po wojnie wrócił i w Krakowie z babcią wzięli ślub w 1945 roku. Habilitację zrobił z założeń nauki administracji – to były jego przemyślenia z czasów wojny - powiedział w Radiu Kraków ksiądz prof. Longchamps de Bérier.

 

Zapis rozmowy Macieja Zdziarskiego z ks. prof. Franciszkiem Longchamps de Bérier

 

Dziś moim gościem jest ksiądz profesor Franciszek Longchamps de Bérier. Rzadko pojawia się ksiądz bez sutanny lub koloratki. 

 

Zgadza się. Chyba że jestem na basenie, bo pływam sporo – chociaż widziałem młodych kleryków, którzy zaraz po obłóczynach wybrali się na basen właśnie w sutannach, żeby zamanifestować, jak bardzo lubią w nich chodzić. 

 

Ale nie weszli w nich do basenu?

 

Nie, zdjęli je w szatni, rzecz jasna. Raczej trudno byłoby pływać w sutannie! Zresztą na wielu basenach nie pozwala się pływać nawet w nieco luźniejszych spodenkach.

 

Jest ksiądz profesorem prawa.

 

Tak. Najpierw, 20 lat temu, obroniłem doktorat i wtedy, po uzyskaniu doktoratu, wstąpiłem do seminarium.

 

Nietypowa droga do kapłaństwa.

 

To zależy, jak ją postrzegamy. Jeżeli spojrzymy na nią w perspektywie rozwoju duchowego, a po maturze nie wszystko jeszcze się układa, to czasem okazuje się, że dopiero po doktoracie przychodzi właściwy moment na to, by udać się do seminarium. 20 lat temu to było mniej powszechne niż dzisiaj, choć i wtedy jedna trzecia osób na moim roku była już po studiach. Jeden z moich najlepszych przyjaciół był podporucznikiem, skończył Wyższą Oficerską Szkołę i wstąpił do seminarium, by zostać kapelanem wojskowym. Ale to prawda, że obecnie ludzie dużo później podejmują decyzję nie tylko o kapłaństwie, ale i o małżeństwie. W seminariach zauważamy, że wielu kandydatów decyduje się na kapłaństwo dopiero po studiach.

 

Zna ksiądz wiersz Pomiędzy Janusza Stanisława Pasierba, księdza i profesora?

 

Autora znam, ale utworu nie kojarzę.

 

Brzmi on tak: „W Lizbonie w auli fundacji Gulbenkiana / podczas Kongresu „Europa – Świat” / zrozumiałem, że nie należę do żadnego świata / pośród uczonych jestem podejrzanym artystą / pośród poetów znowuż jakimś profesorem / pomiędzy księżmi i jednym i drugim / w Polsce Europejczykiem a tutaj Polakiem”. Ciągle pomiędzy. Czy ksiądz też ma takie poczucie w swoim życiu?

 

Najgorzej byłoby być najlepszym księdzem pośród profesorów i najlepszym profesorem pośród księży – czyli nie być na swoim miejscu. Ale jeśli człowiek jest na swoim miejscu, nawet jeśli znajduje się gdzieś pomiędzy, to nie jest to złe rozwiązanie.

 

A co to znaczy w takim razie być dobrym księdzem?

 

To dobre pytanie, ale należy je zadać chyba komuś innemu niż księdzu. Trudno oceniać samego siebie, chyba że pod koniec życia.

 

To może zapytam o co innego: czy jest ksiądz dobrym prawnikiem?

 

Określenie „dobry prawnik” to w pewnym sensie określenie idiomatyczne. Zastanawiałem się nad tym w zeszłym tygodniu i dopiero wtedy to do mnie dotarło. Bo to jest w istocie bardzo pozytywna opinia o kimś. Jeżeli mówi się, że ktoś jest dobrym prawnikiem, to jest to dla niego wyraz uznania. Ja zresztą jestem profesorem, uczę na Wydziale Prawa, jestem zaangażowany w edukację prawniczą i w takim wypadku trudniej stwierdzić, czy ktoś jest dobrym prawnikiem.

 

Łatwiej to powiedzieć w przypadku praktycznych zawodów. Dobry adwokat to z pewnością taki, który wygrywa procesy. A dobry prokurator to taki, któremu sądy nie odrzucają aktów oskarżenia.

 

Tak, zresztą pełna emocji debata, kim jest dobry sędzia, toczy się cały czas. Ale na pewno dobry prawnik to osoba, która sprawdza się w praktyce. Bo proszę pamiętać, że prawo jest sztuką. Prawo nie jest nauką. Jedynie my na uniwersytecie, na wydziałach prawa, zajmujemy się prawem w sposób naukowy, uporządkowany, zwłaszcza wtedy, kiedy zajmujemy się historią prawa, socjologią prawa, psychologią prawa czy filozofią.

Medycyna też jest sztuką. Bo nie wszystko daje się w niej wyliczyć w sposób matematyczny. Akurat wczoraj rozmawiałem z kolegą matematykiem, który pyta mnie: „Wytłumacz mi, jak to jest możliwe, żeby z tych samych przesłanek w sposób prawidłowy wyciągać dokładnie przeciwne wnioski”. Tłumaczę mu więc, że to możliwe, trzeba tylko przygotować odpowiednią argumentację, opracować wnioski i znaleźć podmiot, który rozstrzygnie sprawę: czy to jest to naród w przypadku referendum, czy parlament, Sąd Najwyższy, Trybunał Konstytucyjny, prezydent, czy jakikolwiek inny podmiot.

 

Jednak w medycynie sprawa jest prostsza, bo zawsze chodzi o to samo: ratowanie życia. Tymczasem jest coś zaskakującego i niepokojącego w tym, że w sądzie wygrywa ten, kto okaże się sprawniejszy w argumentowaniu.

 

Prawo polega też na tym, by porządkować rzeczywistość. Bo my opisujemy rzeczywistość po to, by ją porządkować. Prawo temu właśnie służy. Pytanie, czy osiągamy ten efekt. Ale słusznie zwrócił pan uwagę na to, że kwestie proceduralne mają w praktyce prawniczej szczególne znaczenie.

 

Właśnie! Bo jak adwokat coś przegapi, nie dostrzeże czegoś, to w tej samej sprawie i na podstawie tych samych dowodów może zapaść zupełnie inne orzeczenie.

 

Tak. Ale chciałbym też zauważyć, że prawnik sam w sobie nie przegrywa sprawy – ewentualnie przegrywa ją klient. I nie mówię tego złośliwie. Chodzi o to, że są sprawy, których nie sposób wygrać. Czasami można w nich wygrać czas i to też ma znaczenie dla klienta. Nie jest to żadna strata. Na tym polega sztuka uprawiania zawodu radcy prawnego, adwokata, notariusza, sędziego czy prokuratora. Ja jestem też duszpasterzem prawników, więc wątek służby innym jest nieobcy ludziom, którzy myślą poważnie o uprawianiu prawa. 

 

Czy prawnicy zastanawiają się czasem nad tym, czy są dobrymi ludźmi?

 

Mam szczerą nadzieję, że się nad tym zastanawiają. Nie wiem, czy można być dobrym prawnikiem, gdy nie jest się dobrym człowiekiem. Pytanie sprowadza się do tego, czego oczekujemy po dobrym prawniku. Pamiętam, że od samego początku na wydziale prawa mówiło się: „Unikajmy adwokackiej mentalności” – wyraża ona się w tym, że wszystko jakoś da się załatwić. A nie wszystko da się załatwić! W prawie rzymskim funkcjonują pojęcia ius i fas. Ius dotyczy spraw świeckich, a fas – prawa sakralnego. I w fas chodzi o uczciwość, co obrazuje powiedzenie per fas et nefas. Jeśli ktoś coś robi per fas et nefas, to znaczy, że działa i w zgodzie z prawem, i bezprawnie. W prawie sakralnym w starożytności pogańskiej chodziło o to, żeby zachować równowagę i nie denerwować bóstw, bo bóstwa też kierowały się emocjami. Trzeba było więc tak postępować, by nie naruszyć pewnego porządku i harmonii.

 

W tym, jak mówi ksiądz o prawie, słychać ogromną pasję. Czy w byciu księdzem pasja jest równie potrzebna jak w byciu prawnikiem?

 

Kapłaństwo to jeszcze większe powołanie. To w zasadzie powołanie życiowe. Tak jak ktoś ma powołanie do bycia mężem czy żoną i w ten sposób małżonkowie dążą wspólnie do świętości, tak ksiądz ma swoje powołanie do świętości. Ważne, by w życiu być na swoim miejscu.

 

Pytam o powołanie kapłańskie wielu księży, którzy są aktywni na innych polach: prowadzą fundacje, są profesorami innych nauk niż teologia. W jakim stopniu ksiądz jest księdzem?

 

To pytanie zawsze sprowadza się do tego, co jest w istocie czyjąś drogą życiową. Myślę, że drogi do świętości nie można oddzielać od innych aktywności zawodowych. Ktoś powie: „No dobrze, ale ksiądz uczy też na uniwersytecie, zajmuje się prawem, bioetyką”. Odpowiadam wtedy: „Tak. Ale tak samo jak pan jest mężem czy pani jest żoną, tak i ja przede wszystkim jestem księdzem. To jest moje powołanie”.

 

To dlatego zawsze chodzi ksiądz w sutannie i nawet wykłady z prawa rzymskiego prowadzi tak ubrany?

 

Strój duchowny jest strojem, który mówi o tym, że każdy ma prawo do księdza. I każdy ma prawo do niego się zwrócić.

 

Także na uniwersytecie, w czasie wykładu?

 

Wszędzie i zawsze może zwrócić się do księdza. Żonaty mężczyzna nosi obrączkę – jak sądzę, nie tylko po to, żeby odstraszać ewentualne zainteresowane, ale po to, żeby powiedzieć, że jest z kimś w związku i tym żyje. Tak samo sutanna przypomina o tym, kim jestem i jaki powinienem być. Jak to koledzy czasami opowiadają: nie przed każdą witryną wypada się zatrzymać. Jeżeli na przejściu dla pieszych świeci się czerwone światło i czuje się pokusę, żeby przejść, to jeśli ksiądz jest w sutannie, nie wypada mu tego zrobić. 

Myślę, że w ogóle pytanie o powołanie to w istocie pytanie o to, czy jest się na swoim miejscu. Pamiętam bardzo miłą siostrę zakonną z parafii, w której pracowałem jako wikary. Opowiadała mi o swoich problemach w zakonie, o tym, jak jest jej trudno, jak to jej utrudnia życie. Obawiałem się, że rozmowa zakończy się pytaniem, czy ona nie powinna wystąpić z zakonu. Ale siostra powiedziała: „I wie ksiądz co, mimo wszystko wiem, że jestem na swoim miejscu. Nawet gdy jest trudno. A może zwłaszcza wtedy, gdy jest trudno”. To dotyczy też życia małżeńskiego. Czy jesteśmy na swoim miejscu? Bo przecież kryzysy są czymś zupełnie normalnym. 

 

Czy jednak studenci reagują czasem z dystansem na to, że ich profesor przychodzi na wykład w sutannie?

 

Zacząłbym od tego, że ja po prostu nie lubię się przebierać. Skoro na co dzień chodzę w sutannie, to nie przebieram się tylko dlatego, że muszę poprowadzić wykład na uczelni. Jestem tam po prostu sobą. Zresztą swoim studentom tłumaczę: „Proszę państwa, to wbrew pozorom nie jest lekcja religii. Nie wprowadzamy religii na uniwersytet. Po prostu jestem księdzem i uczę prawa rzymskiego”. Większość zdaje sobie z tego sprawę, bo mój wykład jest fakultatywny i ci, którzy się na niego decydują, wiedzą, do kogo idą. Ale zdarzało się, że przychodziły osoby, które nie były tego świadome. Po kilku pierwszych zdaniach, gdy zorientowały się, że jednak mówię o prawie rzymskim, to nie mieli nic przeciwko temu, że jestem księdzem i prowadzę wykład w sutannie. Któregoś razu spotkałem nawet mamę studenta i ona mówi tak: „Jestem zdziwiona, bo mój syn jest z Kościołem raczej na bakier i na msze nie chodzi. Ale księdzem jest zafascynowany, bo lubi to prawo”. 

 

Czy ksiądz swoją błyskotliwością, wdziękiem, sposobem bycia…

O, to tylko pańskie zdanie!

 

Nie tylko moje. Zatem czy dzięki tym przymiotom jest ksiądz reklamą Pana Boga?

 

Nie wiem, chyba nie. Bo jak można być reklamą?

 

Może dobrze, żeby Pan Bóg miał dział marketingu, a w nim profesora Franciszka Longchampsa de Bériera?

 

Ale czy Pan Bóg potrzebuje działu marketingu? Nie. Wiara jest kwestią prawdy. Zdarza się, że ludzie reagują negatywnie na widok księdza. A przecież jeżeli ze sobą współpracujemy, znamy się, to możemy rozmawiać na dowolne tematy, także poza uniwersytetem. Nawet jeśli ktoś sam mówi, że jest daleko od Kościoła, to i tak chętnie chce porozmawiać. W wielu przypadkach wymaga to przełamania pewnej bariery. Ktoś może się bać porozmawiać z księdzem – myśli, że ksiądz go osądzi, potępi, bo ma skomplikowaną sytuację rodzinną, jest np. po dwóch rozwodach. Ale przecież nie musimy rozmawiać na temat jego rozwodów, tylko na temat, który go interesuje. To jest zupełnie normalna sytuacja. Zresztą Pan Jezus też zwrócił się do Piotra, żeby użyczył mu łodzi. Od zwykłych spraw wszystko się zaczyna. 

Myślę więc, że droga do Boga zaczyna się od tego, że przede wszystkim pozbywamy się uprzedzeń. W każdej sferze życia takie zachowanie jest potrzebne: żeby przełamać bariery i zobaczyć człowieka. Nawet jeśli ktoś jest innego wyznania, to mamy patrzeć na rozmówcę z tej perspektywy czy raczej interesuje nas on jako człowiek? 

 

Wróćmy na chwilę do spraw prawniczych. Na swojej stronie internetowej umieścił ksiądz odpowiedzi na najczęściej zadawane pytania. Trzecie pytanie z nich brzmi: „Dlaczego prawo rzymskie?”.

 

Gdy jest się profesorem prawa rzymskiego, to 30 do 40% aktywności życiowej sprowadza się do tłumaczenia, dlaczego czymś takim się zajmujemy. Kiedyś pomyślałem, że lepiej byłoby być profesorem prawa podatkowego, ale potem zdałem sobie sprawę, że wtedy bym usłyszał, że księdza interesują pieniądze…

 

To efektowna odpowiedź, ale chyba nie do końca prawdziwa. Wybór prawa rzymskiego był jednak wcześniej, a dopiero później wstąpił ksiądz do seminarium.

 

To prawda. Poza tym zajmuję się prawem amerykańskim. Obydwie te dziedziny prawa są szansą na to, żeby za pomocą przypowieści mówić o prawie, o naszej dzisiejszej rzeczywistości. 

 

Wydał nawet ksiądz książkę Powtórka z Rzymu, będącą zbiorem felietonów z „Rzeczpospolitej”, które czasem miały formę bardziej przypowieści niż felietonu.

 

Ja to traktuję bardziej jako pamiętnik zawodowy.

 

Wrócę do pytania, bo nie uzyskałem odpowiedzi: dlaczego prawo rzymskie?

 

Odpowiedź jest złożona. Zresztą nie byłby dobrym profesorem ktoś, kto w trzech słowach nie umiałby wyjaśnić, dlaczego się czymś zajmuje. Studenci pierwszego roku też się dziwią, ale pewnie myślą sobie: skoro to taki egzotyczny przedmiot, to może niech i ksiądz wykłada [śmiech]. W końcu opowiadam o starożytności, a kapłaństwo kojarzy się ze średniowieczem, z przeszłością. Do Rzymu jest już zupełnie niedaleko. W każdym razie jest to niezwykle użyteczna dziedzina prawa.

 

Użyteczna w codziennej praktyce adwokackiej, prokuratorskiej?

 

Tak! Dam panu przykład. Organizujemy konkurs prawa rzymskiego „Prawo rzymskie a świat współczesny”. To jest konkurs dla studentów prawa pierwszego roku. Najpierw odbywają się konkursy wydziałowe, potem jest finał ogólnopolski. W tym finale zasiada jury złożone z profesorów z różnych wydziałów, ale i z praktykujących adwokatów. Do jury zapraszamy szczególnie sponsorów konkursu, bo nagrodą w konkursie jest wyjazd na 6 dni do Rzymu dla trzech osób, więc muszą być na to pieniądze. Wszystko w ogóle zaczęło się od tego, że jeden z kolegów powiedział: „Ja daję na to pieniądze, proszę zorganizować konkurs”. W każdym razie któregoś razu jeden z adwokatów mówi tak: „Wiecie państwo, ja prawa rzymskiego dawno nie studiowałem. Pamiętam je z pierwszego roku studiów. Ale jak słucham kazusów, które mamy na konkursie, to okazuje się, że ja to wszystko miałem w swojej praktyce prawniczej”.

 

To znaczy, że Rzymianie wszystko, co dzisiaj wydarza się prawie, potrafili opisać już w swoim systemie?

 

Wszystko oczywiście nie, bo nie było problemów, które przyniosła współczesność. Ale podstawy myślenia Rzymianie opisali doskonale. Studiowanie prawa jest przede wszystkim pewnego rodzaju układaniem myśli, jest pewną formacją. Szczególną rolę tej formacji widać w prawie prywatnym, czyli dotyczącym zobowiązań, spadków, prawa rodzinnego.

 

Te problemy są dość podobne. Ktoś komuś chciał coś przekazać, ktoś komuś coś pożyczył.

 

Tak, problemy są podobne. Pytanie tylko, z których instytucji czy rozwiązań korzystamy. Jeżeli chcemy pożyczyć pieniądze, jeżeli chcemy zabezpieczyć kredyt, zdecydować o naszym majątku na wypadek śmierci, coś wybudować, skorzystać z czyichś usług albo z czyjejś własności – pozostaje rozstrzygnięcie, jak to zorganizować. Obowiązuje pewna siatka pojęciowa. To jest zresztą moja idée fixe. Jest na to dobre angielskie określenie: prudential framework. Siatka pojęciowa pozwala nam opisywać rzeczywistość, która z samym Rzymem nie ma wiele wspólnego. Na przykład w ramach prawa spadkowego możemy spokojnie opisać prawo spadkowe rzymskie czy nawet muzułmańskie, które z prawem rzymskim nie miało nic wspólnego – ani od niego nie pochodzi, ani nie ma w nim żadnych wpływów rzymskich. Prawo muzułmańskie, prawo islamskie jest prawem, które ma podstawę w Koranie, w prawie ludów koczowniczych pomiędzy Mekką i Medyną i w regulacjach państw islamskich.

 

Ale prawo jest narzędziem, które może być pożyteczne.

 

Może być narzędziem, więc jest użyteczne. Jest także językiem komunikacji – z prawa wywodzi się wiele powiedzeń, których używamy na co dzień.

 

A czy jest coś snobistycznego w znajomości reguł prawa rzymskiego, w tym, że w pewnym towarzystwie sięga się po łacinę?

 

Nie wiem, czy mówienie dzisiaj po łacinie jest w dobrym tonie. Jakiś czas temu było, ale sytuacja się zmienia.

 

Ksiądz naśmiewa się w swoich felietonach z osób, które nie znając np. rodzajów językowych, używają łaciny w sposób czasem nieporadny.

 

Odebrał pan to jako naśmiewanie się?

 

Odrobinę tak.

 

Nawet jeśli tak to zabrzmiało, to miała to być pewna metoda wychowawcza. Przecież nikt, nawet diabeł, nie chce być śmieszny. Jeżeli mają się z ciebie śmiać, to może sprawdź, jakiego rodzaju jest ratio legis. Bo jest rodzaju żeńskiego, a więc: ta ratio legis, ta vacatio legis.

 

To bardzo praktyczna porada. 

 

Nawet najwięksi się mylą.

 

A dlaczego ksiądz ma obco brzmiące nazwisko?

 

To pytanie, które często słyszę, także ze strony studentów, gdy muszą sobie zapisać, do kogo idą na wykład. W każdym razie „Long” oznacza ‘długi’, „Champs” to są ‘pola’, a więc całość oznacza ‘długie pola’, z Bérier – ‘de Bérier‘. Nazwisko przypadło mi oczywiście po ojcu, a ojcu – po jego ojcu i tak możemy cofnąć się aż do pierwszego Franciszka ok. 1710 r. – bo nie każdy syn po ojcu przyjmował to imię, ja jestem dopiero piąty. Przodek uciekał przez Wenecję z Francji południowej po odwołaniu Edyktu nantejskiego. Przodkowie byli hugenotami, czyli kalwinami, którzy przyjechali do Polski, bardzo tolerancyjnej za Augusta III. Osiedlili się we Lwowie.

 

Czyli protestanci, który za potomka mają katolickiego księdza.

 

Tak, ale to już wpływ kobiet – Włoszek i Polek, matek i żon, które pomogły w tej integracji. Bo jednak bycie Polakiem to jest wybór.

 

Lubi ksiądz studiować historię swojej rodziny i to, co się z nią wydarzyło w ciągu tych ponad trzech wieków?

 

Nie wiem, czy lubię. Wydaje mi się, że jest to pewne zobowiązanie wobec tych, którzy byli przed nami.

 

A miał ksiądz wielu zacnych przodków.

 

Właściwie byli sami zacni. To sama przyjemność w tym, żeby cieszyć się nimi. I żeby się starać im dorównać. Moja mama zawsze mówiła: „Pamiętaj, że twój dziadek na przystanku autobusowym był w stanie rozmawiać nawet z pijakiem, a to był profesor uniwersytetu. Wobec tego ty musisz z każdym człowiekiem rozmawiać”. To są ideały, do których człowiek stara się dorosnąć.

 

Jeden z pierwszych Longchampsów był burmistrzem Lwowa?

 

Tak, mamy dokument, w którym jest podpisany jako prezydent miasta Lwowa.

 

To zaledwie kilkadziesiąt lat po tym, jak księdza przodkowie przybyli do Polski.

 

A proszę też pamiętać, że córka pierwszego Franciszka, Eleonora, była matką Wincentego Pola, znanego polskiego poety. A dodajmy, że ojciec Wincentego Pola był Niemcem, który nie pozwalał mówić w domu po polsku. Kazał mówić po niemiecku. Co prawda ojciec Wincentego zmarł wcześnie, ale zasługą matki Eleonory było to, że Wincenty mówił dobrze po polsku.

 

Którego ze swoich przodków lubi ksiądz najbardziej?

 

Mojego dziadka, bo poznawałem go zawsze w odbiciu swoistym. On zmarł w maju, a ja się urodziłem w październiku. Był profesorem prawa administracyjnego i stanowił dla mnie ideał, o którym zawsze mówili i mój tato, i moja mama. Później rozmawiałem także z jego uczniami. Będąc z nimi w pewnej zażyłości, zapytałem ich kiedyś: „Przepraszam bardzo, ale to prawo administracyjne jest takie nudne. Czy on też to tak nudno wykładał?”. Na to usłyszałem: „Ale był uroczym człowiekiem! Z każdym potrafił rozmawiać, a czasy bywały trudne”.

 

Po wojnie przeniósł się do Wrocławia?

 

Nie miał wyjścia. Dziadek zrobił doktorat we Lwowie i w trakcie mobilizacji w sierpniu 1939 roku dotarł do swojego 9. Pułku Ułanów. Walczył nad Bzurą, gdzie został ranny, Niemcy wzięli go do niewoli i spędził całą wojnę w Murnau. Po wojnie wrócił i w Krakowie z babcią wzięli ślub w 1945 roku. Uniwersytet został zamknięty w trakcie wojny, więc habilitację dziadek zrobił we Wrocławiu. To jest też ciekawa historia, dlatego że dziadek przygotował habilitację z założeń nauki administracji. To były chyba jego przemyślenia z czasów wojny. Będąc w oflagu, gdzie były pewne komplety, musiał sobie to przygotować. I zaraz w 1947 roku wyszło to drukiem. Ale nauka o tym, jak działa administracja, została zakazana i cała praca poszła na przemiał. Wydana została ponownie dopiero w 1990 r., co świadczy dobrze o autorze, bo nie żył już od 11 lat.

 

Dzieło po nim zostało. Nie wszyscy Longchampsowie mogli wyjechać ze Lwowa ogarniętego wojenną pożogą?

 

Tak, stryj Roman pozostał. 

 

Pilnował uniwersytetu?

 

Profesor Roman został wybrany rektorem i rozpoczynał kadencję 1 września ’39 roku. Jak weszli Sowieci, nie było możliwości, żeby pełnił funkcję rektora, choć uniwersytetu nie zamknięto. Natomiast jak weszli Niemcy, to aresztowano profesorów w nocy z 3 na 4 lipca ’41 roku. Stryj został rozstrzelany z innymi profesorami lwowskimi tylko za to, że byli profesorami Polakami. 

 

Znamy to straszliwe zdarzenie jako mord lwowskich profesorów. Nie tylko oni zginęli.

 

Tak, zginęli też synowie i wnukowie.

 

Czy nazwisko i historia rodu to coś, co może być ciężarem?

 

Tak, może.

 

Gdyby nosił ksiądz nazwisko Kowalski, byłoby łatwiej?

 

Możliwe. To dotyczy nawet spraw tak przyziemnych jak adres e-mail. Bardzo duży problem miałem na Uniwersytecie Jagiellońskim. Prosiłem o adres, który będzie krótki, ale powiedziano mi, że standardowy format to: imię, kropka, nazwisko. Pan, z którym o tym rozmawiałem, miał bardzo proste to nazwisko. Więc mu mówię: „Pan ma przywilej. A ja się nazywam Longchamps de Bérier. Dwa błędy ortograficzne w moim nazwisku to coś zupełnie normalnego”. Nawet w dokumencie podpisanym przez Augusta III widać, że nazwisko zaczął pisać ktoś inny, a ktoś inny przejął pióro i dokończył nazwisko, żeby zostało napisane poprawnie. Jedna z moich kuzynek powiedziała: „Kiedy wyszłam za mąż, wreszcie poczułam ulgę, że zmieniłam nazwisko. Nie byłam z nim więcej związana”.

 

Z czego wynika to zobowiązanie, żeby dorastać do swoich przodków? Pytam o to zaciekawiony tym, jak rodzinna historia wpływa na wybory potomków i na ich postawę wobec świata. 

 

Nie wiem, czy wpływa tak bardzo. Ja nie chciałem iść na prawo właśnie dlatego, że wszyscy w rodzinie byli prawnikami. Myślałem, że będę lekarzem, ale nie miałem do tego powołania. Znowuż gdy chodziło o wybór dziedziny prawa, nie chciałem decydować się na prawo cywilne, bo już stryj Roman był cywilistą. Tak samo nie prawo administracyjne, bo dziadek Franciszek się nim zajmował. Musiałem znaleźć coś innego, ale nie mniej ciekawego. I tak padło na było prawo rzymskie. 

 

Na początku rozmowy wspomniał ksiądz o pływaniu. To regularna aktywość?

 

Nigdy nie lubiłem sportu. Podobno mój dziadek też nie lubił sportu, do tego stopnia, że trzymał drabinę, a to babcia wchodziła zrywać jabłka. Ale na warszawskim wydziale prawa mieliśmy od trzeciego roku zajęcia WF-u na basenie i to mi się spodobało. 

 

Jakim stylem ksiądz pływa?

 

Najchętniej kraulem. Ale też i w łapkach, i z płetwami, i na plecach. Generalnie pływam 1500 metrów kilka razy w tygodniu, jeśli się uda. Tu należą się podziękowania dla rektora AGH za to, że wybudował taki wspaniały basen.

 

Czy w czasie pływania może ksiądz modlić się, planować, zastanawiać się nad czymś?

 

Tak, oczywiście. Są tacy, którzy nie bardzo lubią pływać sami, wolą pływać w grupach. Ale są i tacy, którzy tak jak biegacze lubią być sami. Ja należę właśnie do tej drugiej kategorii pływaków.

 

To jest dobrze spędzony czas?

 

Tak, to jest relaks. Pływanie pozwala na oczyszczenie głowy, na reset, jak to się dziś mówi. Po wyjściu z basenu można nawet mnie obrażać, mam do wszystkiego dystans. Pływanie pozwala doskonale odreagować. Każdemu je polecam, zwłaszcza że to sport, który można uprawiać do późnych lat. Można słabo chodzić, a jeszcze całkiem nieźle pływać. To sport, który daje mi możliwość przygotowania kazania, przemyślenia sobie różnych spraw.

 

A jest tak, że czasem księdzu się nie chce?

 

Tak. Jak jest niskie ciśnienie. Generalnie przepracowanie jest bardzo niebezpieczne, także dla życia duchowego. Uważam, że warto nie tylko wstawać o właściwej godzinie, ale i kłaść się o odpowiedniej porze. Bo często zwraca się uwagę na to, że pobudka o jakiejś tam godzinie to moment wręcz bohaterski, ale przecież niekiedy więcej samozaparcia wymaga położenie się spać!

 

To o której ksiądz chodzi spać?

 

Muszę spać 6 godzin.

 

To wcale nie tak długo.

 

Nie, ale to kwestia wieku. Człowiek w pewnym momencie nie wytrzymuje w łóżku i budzi się rano. Co wtedy zrobić? Przeżyć z radością kolejny dzień. Wobec tego trzeba się na czas położyć.

 

Dziękuję za rozmowę.

26%
74%