|
|
Kraków 101.6 MHz
Kraków
101.6 MHz
Tarnów
101,0 MHz
Nowy Sącz
90,0 MHz
Zakopane
100,0 MHz
Andrychów
98,8 MHz
Gorlice
97,4 MHz
Krynica-Zdrój
102,1 MHz
Rabka-Zdrój
87,6 MHz
Szczawnica
90,0 MHz
|
Kontakt 4080 (SMS)
DZIEJE SIĘ COŚ W TWOJEJ OKOLICY?
SKONTAKTUJ SIĘ!
12 200 33 33 (antena)
12 630 60 00 (recepcja)
4080 (SMS)
500 202 323 (SMS i MMS)
redakcja@radiokrakow.pl
|
A
A
A

Ks. Andrzej Augustyński w Radiu Kraków: żyję SIEMACHĄ

Jeśli dzisiaj miałbym podsumować 25 lat, jakie minęły od otwarcia pierwszej placówki SIEMACHY, i mówić o największym pożytku z podjętej aktywności, byliby to ludzie, których spotkałem: wychowankowie, wychowawcy, partnerzy, sponsorzy – mówi ks. Andrzej Augustyński, dyrektor stowarzyszenia SIEMACHA. A. Augustyński był gościem Radia Kraków w audycji Macieja Zdziarskiego „Oko w oko” w poniedziałek, 10 lipca.

Posłuchaj rozmowy

fot. Stowarzyszenie „Siemacha”

Dyrektor SIEMACHY mówił o roli księdza we współczesnym świecie oraz o początkach swojej drogi kapłańskiej. Opowiedział także o historii powstania ośrodka w Odporyszowie, w ramach którego działa dom dziecka. – To placówka, która dla SIEMACHY jest bardzo ożywczym powiewem, niezwykle udanym, dobrze rozwijającym się eksperymentem sprzed 3 lat. Dzisiaj trudno już nazywać to eksperymentem, ale gdy powstawał dom dziecka, nie było wiadomo, czy placówka dla dzieci z Krakowa, które straciły swoje rodziny, zlokalizowana na wsi pod Tarnowem będzie sukcesem – wspominał ks. Augustyński. Dziś obok domu dziecka w Odporyszowie działa m.in. ośrodek wakacyjny i centrum sportowe.

Ks. Andrzej Augustyński opowiedział także o sposobach na pozyskiwanie darczyńców i partnerów. – Ludzie chcą dawać pieniądze na to, co jest innowacyjne. Niewątpliwie ważną cechę stanowi też wiarygodność, czyli umiejętność przekonania darczyńcy, że pieniądze, które ofiaruje, zostaną uczciwie zagospodarowane – podkreślał.



Zapis rozmowy Macieja Zdziarskiego z ks. Andrzejem Augustyńskim


Moim gościem jest ksiądz Andrzej Augustyński, twórca i szef stowarzyszenia SIEMACHA. Jak to jest być liderem życia społecznego, szefem dużej organizacji, a jednocześnie prostym księdzem?
Być prostym księdzem – chyba najłatwiej, bo każdy z nas zaczyna właśnie w ten sposób, czyli od prostych czynności, od prostych zadań w parafii, od bezpośredniego kontaktu z ludźmi. Do tego jesteśmy przygotowywani, tego się uczymy na studiach i myślę, że wielu z nas, wybierając kapłaństwo czy pracę duszpasterską, myśli o takim sposobie funkcjonowania: o pracy z ludźmi, katechezie, głoszeniu kazań, spowiadaniu, sprawowaniu sakramentów. Tak swoją przyszłość ja postrzegałem, tak wyobrażali to sobie liczni z moich bliskich kolegów. Prawdę powiedziawszy, wiele tych czynności przychodzi mi trudniej dziś, po latach pracy…


Na przykład?
Trudniej mi prowadzić wielkie wystąpienia publiczne, wielkie uroczystości, przeciągające się procesje albo długie celebry, które momentami, mówiąc szczerze, wydają mi się nawet trochę nudne. Zawsze jednak znajduję radość w sprawowaniu sakramentów w najprostszy z możliwych sposobów, a więc wtedy, kiedy chrzczę dzieci, kiedy udzielam sakramentu małżeństwa, kiedy odprawiam pogrzeby. Szczególnie jeśli znam ludzi, z którymi spotykam się na tej przestrzeni sakramentalnej. Ma ona wtedy zupełnie inny wymiar.


Pytam o to dlatego, że jest ksiądz znany z przewodzenia stowarzyszeniu SIEMACHA. Czy trudno pogodzić bycie skutecznym menedżerem z kapłaństwem? Czy taka społeczna aktywność zabiera coś z prostego życia kapłańskiego?
Myślę, że tak nie jest. Przez całą tę aktywność, którą podjąłem 25 lat temu – w tym roku w lipcu mija dokładnie tyle czasu od momentu, kiedy rozpocząłem przygotowania do otwarcia pierwszej placówki SIEMACHY – doświadczałem bardzo intensywnych kontaktów z ludźmi. Jeśli dzisiaj miałbym podsumować te lata i mówić o największym pożytku z podjętej aktywności, byliby to właśnie ludzie, których spotkałem. Zarówno ci, dla których pracowałem – czyli moi wychowankowie – jak i ci, którzy mi pomagali: wychowawcy, partnerzy, sponsorzy itd. Tych środowisk było całe mnóstwo, ale zawsze chodzi o ludzi, którzy utożsamili się z ideą, ze stylem, z organizacją, może też ze mną osobiście. To te spotkania były najciekawsze i to one pozwalały nam nawiązać więź, która sprawiała, że nawet ci – a może oni w szczególności – którzy do Kościoła mieli trochę dalej, przychodzili w różnych momentach życia, dzwonili w nocy, potrzebowali mojej obecności.


Jako księdza?
Tak, to mam właśnie na myśli.


Czyli skuteczność w codziennej rzeczywistości pomagała księdzu być lepszym kapłanem?
Taka jest moja perspektywa. Co więcej, skłonny jestem ją uogólnić i powiedzieć, że bez obecności w świecie – i nie cytuję tutaj dokumentów Kościoła, Soboru Watykańskiego II, ale mówię z własnego doświadczenia – nie da się prowadzić dialogu ze światem. Nie chodzi tu o dialog teologiczny na najwyższym poziomie, o prowadzenie uczonych debat – lub raczej: nie tylko o to chodzi – ale o zwyczajne towarzyszenie człowiekowi.


A do czego ludzie potrzebują księdza dzisiaj, w 2017 r.?
Pewnie do bardzo różnych rzeczy.


Czy ksiądz potrafi dziś powiedzieć, jak poradzić sobie z najważniejszymi problemami w życiu, kiedy się wątpi, kiedy szuka się recepty?
Myślę, że bardzo rzadko, niestety.


Panuje dziś dość powszechna opinia, że nie tylko trudno być dzisiaj księdzem, ale też trudno traktować księdza jako człowieka, który może realnie pomóc. To niesprawiedliwa opinia?
Nie umiem powiedzieć, czy sprawiedliwa, czy nie. Myślę, że sytuacja jest złożona, że zawsze tak było. Kościół jest z jednej strony instytucją, która działa w sensie formalnym, udziela sakramentów albo rozstrzyga ważne kwestie – także w wymiarze formalnym, doczesnym – więc ksiądz reprezentujący Kościół był i nadal jest potrzebny poniekąd jako urzędnik. Kiedyś ta rola była chyba nawet bardziej znacząca, bardziej eksponowana. Dzisiaj też wielu ludzi przychodzi do Kościoła właśnie wtedy, kiedy potrzebują zaświadczenia, podjęcia przez kapłana działania w określonych sytuacjach życiowych, a niekoniecznie zagłębiają się w naturę sakramentu ani nie studiują głęboko aktu, który ksiądz wykonuje.

Druga funkcja księdza jest o wiele trudniejsza, dlatego że wymaga czasu, wymaga spotkania się dwóch osób. Żeby odegrać w życiu drugiego człowieka ważną rolę, choćby rolę powiernika czy autorytetu duchowego, trzeba towarzyszyć drugiej osobie przez dłuższy czas. Nie odbywa się to tak, jak wynikałoby z rozmów dwóch apostołów amerykańskich jakiejś nowej religii, którzy zaczepiają przechodniów, opowiadają o tym, w co wierzą, i wyjaśniają, jak ich rozmówcy powinni skorygować swoje wyobrażenie o Bogu i religii. Wymaga to jednak czasu, towarzyszenia człowiekowi i bezinteresownego pojawienia się w jego życiu. Myślę, że szczególnie młodzi ludzie są wyczuleni na pojawienie się księdza w ich życiu jako kogoś – tak oni to chyba odczytują – kto ma ich szybko nawrócić: powiedzieć im, jak jest, jak powinni żyć, w co wierzyć, jak się zachowywać. Takie założenia sprawiają, że czar pryska, pojawia się tylko wymiar formalny, urzędowy. Nie ma w tym wymiaru ludzkiego, osobistego, który z natury rzeczy wymaga głębszego poznania, zbliżenia się, znalezienia odpowiedzi na pytania, dlaczego człowiek robi to, co robi, czy wynika to z jego autentycznych przekonań…


Czy naprawdę wierzy?
Tak: czy naprawdę wierzy. W istocie każdy świadek musi dać dużo czasu sobie i innym, żeby zostać rozpoznanym jako prawdziwy świadek.


Czy stowarzyszenie SIEMACHA byłoby inną instytucją, gdyby Andrzej Augustyński nie był księdzem?
Zdecydowanie tak. Jeśli zabrzmi to nieskromnie, z góry przepraszam, ale myślę, że niewielu ludzi miałoby dość czasu, energii i determinacji – a długo by mówić, skąd ta determinacja płynęła – by angażować się w taką działalność tak długo. Ale dla mnie SIEMACHA była jedyną rzeczą, w którą się angażowałem. Niczego innego nie robiłem poza budowaniem SIEMACHY, pracą dla SIEMACHY, życiem SIEMACHĄ. Myślę, że ktoś, kto potraktowałby to jako projekt społeczny, także jako pewnego rodzaju sposób na życie – nie chcę powiedzieć, że byłoby gorzej, ale na pewno byłoby inaczej.


Odporyszów to niewielka wieś w gminie Żabno koło Tarnowa. Czy każdy, kto nosi nazwisko Augustyński i pochodzi z Odporyszowa, jest niejako zakładnikiem tego, że ma historycznie najważniejsze nazwisko w tej miejscowości?
Rzeczywiście jedno z ważniejszych, szczególnie w ciągu ostatnich 150 lat, bo wtedy zjawił się tam mój pradziadek, po tym jak przybył z pobliskiej Niecieczy, gdzie przez parę pokoleń żyła moja rodzina i rozwijała swoją aktywność społeczną, a poniekąd też polityczną. Wszyscy bracia mojego dziadka pokończyli studia i poszli na uniwersytety europejskie.


Robili kariery, a jeden z nich posłował.
Tak, jeden był posłem, inny – redaktorem naczelnym „Gazety Ludowej”, inny – twórcą polskiego szkolnictwa na ziemi gdańskiej, inny – sędzią itd.


Wszyscy są trwałym elementem pamięci tego miejsca. Czy kiedy ksiądz jako młody człowiek decydował się na seminarium duchowne, musiał się zmagać z dziedzictwem swoich przodków?
W jakimś sensie był to punkt odniesienia, ale nie taki, o jakim pan mówi. Polegał raczej na tym, że trzeba przodkom coś wynagrodzić. Być na ich miarę – owszem, ale też coś zrekompensować. Do seminarium szedłem w ’82 roku, obowiązywał stan wojenny, a więc żyliśmy w głębokiej komunie i z podciętymi skrzydłami. Miałem poczucie, że w bliżej niezdefiniowany sposób trzeba stryjom przywrócić miejsce w naszej rodzinie, ponieważ myśmy o nich mówili przyciszonym głosem. Może jedynie w domu opowiadaliśmy o nich trochę odważniej.


Byli z niesłusznych czasów…
Tak jest, byli zdrajcami ojczyzny. Zygmunt Augustyński siedział w więzieniu we Wronkach z wyrokiem 15 lat. Wyszedł, co prawda, trochę wcześniej, ale utracił prawa publiczne i nie miał możliwości, by wykonywać swój ukochany zawód dziennikarza, skądinąd dziennikarza politycznego, bo to były dwie największe jego pasje: dziennikarstwo i polityka. Nie można było przejść obok tego obojętnie. Ja w każdym razie nie potrafiłem.


Bardzo wielu ludzi ma poczucie bycia znikąd, zapisują swój los niejako od nowa, a tak znaczące nazwisko i dziedzictwo muszą chyba wpływać i na motywację, i na poczucie odpowiedzialności.
Nie ma wątpliwości, że tak było. Pewnie dałoby się podjąć jakąś głębszą analizę tego, którą ze swoich decyzji podejmowałem właśnie pod wpływem opowieści ojca o stryjach – choć nawet ich nie znałem. Miałem przekonanie o wielkiej krzywdzie, jaka ich spotkała i w czasie wojny, i później, w PRL-u. To na pewno była ogromna siła, która pchała mnie do aktywności publicznej, podejmowanej z jednej strony w wyniku własnych potrzeb, ale z drugiej – także poprzez naśladowanie tego, kim byli, co robili, co dziedziczyłem po nich. Swoją aktywnością niewątpliwie też nawiązuję do tego, czego oni nie zdołali ukończyć.


W Odporyszowie znajdują się dom dziecka, placówka wsparcia dziennego, ośrodek wakacyjny, centrum sportowe. Czy to również jest próba wpisania się w historię tego miejsca i w osobistą historię rodziny?
Na pewno, chociaż zdecydował o tym przypadek. Jak to się ładnie mówi, przypadki to jest taki moment, kiedy Pan Bóg działa, ale się pod tym nie podpisuje. Jego obecność jest jednak oczywista dla tych, którzy w tym uczestniczą i którzy Go doświadczają. Mówiąc wprost: dokładnie 2 listopada pojechałem z ojcem – rodzice mieszkają w Tarnowie, tam też się urodziłem – do Odporyszowa, żeby zapalić lampki w Dzień Zaduszny na grobach bliskich. Krótko potem odwiedziliśmy ciocię, już świętej pamięci. Wybraliśmy się razem na spacer i zobaczyliśmy, jak ludzie wycinają drzewa w dawnym majątku pradziadka. Zwróciliśmy uwagę, że prawdopodobnie robią coś, czego robić nie powinni. Nie tylko nie zaprzestali wycinania drzew, ale też zareagowali agresywnie. Wezwaliśmy policję, sporządzono notatki, potem była sprawa w sądzie i ci ludzie zostali ukarani. Pamiętam, że wtedy mojemu ojcu, który 2 czy 3 lat wcześniej odszedł na emeryturę i był zaangażowany jako prezes Akcji Katolickiej w Tarnowie, powiedziałem: „Tato, zajmij się tym, spróbuj odzyskać przynajmniej część majątku. Zrobimy tu coś dobrego dla innych ludzi”. Ojciec do dzisiaj często to wspomina, traktuje jako swego rodzaju mit założycielski, który zdecydował o kolejnych ponad 20 latach jego życia. Zresztą dziś można powiedzieć, że w nadzwyczajny sposób dodało mu to energii, stworzyło nową przestrzeń dla naszych relacji, a w efekcie pojawiły się kolejne projekty. Najpierw więc odzyskaliśmy kawałek ziemi – bo nie całość majątku, ale 7 czy 8 hektarów – i zbudowaliśmy tam ośrodek wakacyjny, a następnie powstał dom dziecka, który jest ukoronowaniem tego projektu. To placówka, która dla SIEMACHY jest bardzo ożywczym powiewem, niezwykle udanym, dobrze rozwijającym się eksperymentem sprzed 3 lat. Dzisiaj trudno już nazywać to eksperymentem, ale gdy powstawał dom dziecka, nie było wiadomo, czy placówka dla dzieci z Krakowa, które straciły swoje rodziny, zlokalizowana na wsi pod Tarnowem będzie sukcesem.


Ale się udało?
Ewidentnie się udało! Dzisiaj stanowi ona przykład nowego modelu działalności domów dziecka. Wielu ludzi, który do nas przyjeżdżają, dostrzegło w naszej placówce inspirację do innych tego typu projektów. Ostatnio złożyli nam wizytę dyrektor Wydziału Spraw Społecznych Urzędu Miasta Krakowa czy dyrektor krakowskiego MOPS-u. Byli zachwyceni ośrodkiem.


Czy ktoś, kto jest liderem takiej organizacji jak SIEMACHA, może być wewnętrznym samotnikiem, słabo komunikującym się z ludźmi?
To pytanie, które może niepokoić…


Nie żebym szukał jakiegoś następcy…
Bardzo chętnie posłucham o propozycjach.


Jestem ciekaw, czy taka działalność wymaga pewnej otwartości na ludzi – innej niż otwartość w kontaktach osobistych – która pozwala pozyskiwać ludzi chętnych do tego, by wspólnie ciągnąć ten wielki wózek do przodu.
Na pewno taka organizacja stale musi komunikować się ze światem, ale w istocie ten świat sam się do nas dobija.


I czego chce?
Przede wszystkim chce wiedzieć, jak działamy, bo przychodzi na kontrole.


Bo daje pieniądze, które są publiczne albo firmowe?
Jeśli są to publiczne pieniądze, to puka do drzwi. Jesteśmy właśnie po rocznej kontroli Urzędu Kontroli Skarbowej, zakończonej wynikiem bez zastrzeżeń.


Ale zanim przyjdzie ktoś na kontrolę, ktoś inny musi zechcieć zostawić swoje pieniądze lub zaoferować zaangażowaniem. Od kilku lat przyjacielem SIEMACHY jest Jerzy Dudek, który mocno angażuje się w tę współpracę. Jak pozyskuje się takich przyjaciół?
Zawsze, gdy udało nam się skutecznie skomunikować z partnerami, zdobyć pieniądze, nawiązać współpracę czy pozyskać twarz – jak w przypadku Jerzego Dudka, bardzo zaangażowanego wybitnego sportowca – stał za tym sukcesem interesujący projekt, który przedkładaliśmy. Nie było to powielenie po raz enty czegoś, co świat widział i do czego się przyzwyczaił, tylko proponowaliśmy nowy pomysł na sport, na wychowanie czy, mówiąc najogólniej, na działalność terapeutyczną. Myślę, że to jest coś, co zawsze interesuje, przyciąga, zaciekawia. Ludzie chcą dawać pieniądze na to, co jest innowacyjne. Niewątpliwie ważną cechę stanowi też wiarygodność, czyli umiejętność przekonania darczyńcy, że pieniądze, które ofiaruje, zostaną uczciwie zagospodarowane, mówiąc brutalnie: że ich nie ukradniemy ani nie wydamy na bieżącą konsumpcję.


Chociaż w przypadku takiej organizacji koszty stałe są naturalnym elementem prowadzenia instytucji.
Oczywiście, nie da się tego inaczej zorganizować. Zdecydowana większość naszej codziennej aktywności dotyczy różnych form pomocy dzieciom oraz młodzieży i ta działalność została precyzyjnie opisana w przepisach prawa. Koszty stałe są więc pokrywane ze środków publicznych, choć nie są to wystarczające pieniądze. Żeby prowadzić taką placówkę, trzeba szukać środków zewnętrznych, tyle że trudno mi sobie wyobrazić poszukiwanie sponsora na wynagrodzenia dla pracowników domu dziecka czy placówek dziennych. Ludzie, którzy dają swoje prywatne pieniądze, oczekują, że zostaną one przeznaczone na jakieś innowacje, przełożą się na nową jakość albo że zostaną przekazane wprost beneficjentom, a więc urządzi się coś ciekawego dla dzieci.


Powstanie coś, z czego dzieci będą mogły korzystać?
Tak, albo że wyjedzie się z nimi w świat, obdaruje czymś, co sprawi im ogromną radość albo odmieni ich życie, stanie się impulsem do długoterminowej zmiany.


Czy również w takiej działalności trzeba ze sobą rywalizować jak w biznesie? Przykładowo ksiądz Jacek Stryczek prowadzi stowarzyszenie „Wiosna” i organizuje Szlachetną Paczkę, a ksiądz Augustyński kieruje stowarzyszeniem SIEMACHA i w niekonwencjonalny sposób pomaga młodym ludziom – czy ktoś musi wygrać, a ktoś inny wygra troszkę mniej?
Świat jest pełen rywalizacji. Z jednej strony rzeczywiście ubiegamy się o te same środki, jak choćby o 1% podatku, zwracamy się wówczas do tych samych ludzi. Muszą oni podjąć decyzję, czy chcą przeznaczyć swoje pieniądze – przepraszam za uproszczenie – na zwierzęta, dzieci czy staruszków. Z drugiej strony ja jestem mało rywalizacyjny, choć nie oznacza to, że mało ambitny. Raczej staram się, taka jest moja natura, znajdować punkt odniesienia w sobie samym i rywalizować ze sobą, czyli nieustannie zadawać sobie pytanie, czy to, co robię w tym roku, jest lepsze od tego, co robiłem w ubiegłym. Gdyby tak nie było, że sami dla siebie jesteśmy punktem odniesienia, to nie byłoby się z kim ścigać. Nie mam na myśli tego, że nie mieliśmy konkurencji, ale to, że niewiele organizacji działa na takim obszarze co my. Większość organizacji, szczególnie tych dużych, dobrze znanych, to organizacje o charakterze eventowym, akcyjnym, które organizują bardzo duże akcje. One budzą mój podziw, bo wymagają ogromnego wysiłku, wielkiej logistyki i wielkich środków, natomiast my jesteśmy organizacją od codziennej, szarej pracy.


To też pewna trudność, bo zakładam, że łatwiej przekonywać ludzi do tego, aby zaangażowali się w akcję, która jest spektakularna i bardziej widoczna, niż do pomocy działalności skoncentrowanej na codziennej pracy z podopiecznymi.
Chyba tak. Rzecz w tym, by robić coś, co wynika z własnego przekonania, z natury, z charakteru…


Mówiąc językiem kościelnym: z charyzmatu.
Niech będzie tak: z charyzmatu. Mówiąc najprościej, przy wielkim szacunku dla działalności Jacka Stryczka ja bym po prostu nie potrafił tak działać. Nie chcę być drugim Jackiem Stryczkiem, bo źle bym się czuł w tej roli. Nie jestem człowiekiem, który tak kocha PR, budowanie wizerunku i nie byłbym gotowy na poświęcanie tyle czasu na taką działalność. Nie chcę jednak, żeby zabrzmiało to jak zarzut.


Jacek Stryczek powiedziałby, że to konieczne dla tego typu aktywności, i pewnie miałby rację.
Tak, ale ja jestem trochę inny i być może jest tak, że zawsze gdy mam dokonać wyboru – choć jest on w istocie nierozstrzygalny – czy poświęcić czas na doskonalenie organizacji, naszych metod działania czy raczej na zrobienie kolejnej akcji, wówczas wybieram to pierwsze. Uważam to za bardziej pożyteczne i za coś, co bardziej lubię, do czego mnie ciągnie. Wolę promować nas właśnie przez projekty, przez dokonania, przez efekty naszych wychowanków. Oczywiście w żaden sposób nie chciałbym używać ich do prowadzenia kampanii, absolutnie nie chciałbym – i nigdy tego nie robiliśmy – opowiadać ich historii, często dramatycznych, tylko po to, żeby darczyńcę po uronieniu łzy skłonić do przekazania środków na naszą działalność.


Czy po 25 latach pracy bywa ksiądz zmęczony tą pracą? Myśli ksiądz sobie: a może bym coś zmienił, zaczął robić coś innego?
Oczywiście, że bywam zmęczony. Czasem to zmęczenie jest niezwykle dolegliwe. Za mną jest dość świeży okres bardzo głębokiego zmęczenia. Natomiast zmęczenie różni się od zniechęcenia. Ja bywam zmęczony, ale nie zniechęcony. Oczywiście jest wiele rzeczy, które przyjmuję z pewną przykrością, np. to, że idea dobra wspólnego w Polsce jest moim zdaniem niedostatecznie eksponowana. Po tych 28 latach wolności jesteśmy, jako społeczeństwo, bardzo skoncentrowani na sobie – i mówię to też na przykładzie rodzin bliskich mi osób.


Skupiamy się na indywidualnym sukcesie, na najbliższym kręgu.
Tak jest. Z trudem przychodzi nam współpraca, budowanie większych zespołów. Gdy ludzie zrobią coś razem, za chwilę się to rozpada, dzieli się na mniejsze części…


…bo dawni współpracownicy rywalizują ze sobą, każdy chce być szefem?
Tak. Albo ze względu na niskie kompetencje społeczne nie potrafią rozwiązać prostego konfliktu, tak jakby nie wiedzieli – może nikt ich tego nie nauczył ani do tego nie przygotował – że konflikty i spory są wpisane immanentnie w naturę organizacji i każdej społeczności. Trzeba umieć z tym żyć, trzeba to rozwiązywać i jakoś na tym budować.

Drugą rzeczą jest to, że idea dobra wspólnego nie jest w naszym kraju naczelną ideą społeczną. Chodzi o to, żebyśmy robili coś razem ze względu na wspólną korzyść – zresztą i tak per saldo korzyść odnosi każdy z nas. Jak mówił Exupéry: „Jak rzucisz ziarno ludziom, to skoczą sobie do oczu. Jak nauczysz ich pracować wspólnie, to staną się braćmi”. Innymi słowy, współpraca jest skuteczniejsza, bo powoduje, że więcej możemy osiągnąć. Ale ma też ogromny walor socjotwórczy – dzięki niej bardziej stajemy się społeczeństwem.


I niech ta myśl będzie puentą naszego wieczoru, do zastanowienia się przed zaśnięciem. Bardzo dziękuję księdzu za to spotkanie!
Ja także dziękuję.

73%
27%